Doktor profesor Lengren

0
318

Zaczynam pisać tych kilka słów 2 lutego 2015 roku. Właśnie dziś Zbigniew Lengren kończyłby 96 lat. Zmarł 12 lat temu. Postać ta ma wyjątkowe znaczenie dla moich dziecięcych sentymentów. Może nie tyle postać – osoby przecież nie znałem – ile stworzone przez Lengrena rysunki. Dla mnie szczególne znaczenie mają te, które zapamiętałem z serii o doktorze medycyny Janie Dolittle autorstwa Hugh Loftinga.

Było to daaawno, daaawno temu. Lepiej nie mówić, jak dawno, bo w połowie lat 70. ubiegłego stulecia. Wtedy to Mama kupiła mi pierwszą książkę o przygodach lekarza, który umiał mówić językami zwierząt. Ilustracje Lengrena są więc dla mnie jedynymi właściwymi i dzięki nim wiem, jak okrąglutki doktor z Puddleby nad rzeką Marsh (Bagno) wyglądał naprawdę. Jego rysunki są konsekwentnie czarno-białe i nie jest to kwestia li tylko ograniczeń poligraficznych – wszakże w tym samym czasie tworzył swe najlepsze malarskie dzieła Jan Marcin Szancer. Dolittle nosi jasny cylinder na czubku wyłysiałej głowy, okulary w drucianych oprawkach oparte na perkatym nosie i wyraźnie białą brodę, tworzącą wraz ze sterczącymi w bok wąsami literę T. Jak widać, nie jest to już chłystek. Powagi lekarskiej dodaje oczywiście strój: staroświecka jaskółka (1), spod której widać kamizelkę i fularek zawiązany na stójce białej koszuli. Nie przebiją tej wizji nawet rysunki samego Hugh Loftinga, wykorzystywane w pierwszych polskich wydaniach powojennych, ani te ostatnie, z wydań w późnych latach 80. i późniejszych. Tym bardziej nie jest moim doktorem Dolittle ten filmowy błazen Eddie Murphy i piszę te słowa świadom, że mogę być oskarżony o rasizm…

Zbigniew Lengren zaczął ilustrować serię Loftinga już w roku 1955 i łącznie opracował graficznie dziewięć książek z tego cyklu: „Doktor Dolittle i jego zwierzęta”, „Podróże doktora…”, „Poczta…”, „Cyrk doktora…”, „Ogród zoologiczny…”, „Opera…”, „Największa podróż…”, „Doktor Dolittle na Księżycu”, „Powrót Doktora Dolittle”. Najbardziej, rzekłbym, kanoniczne, najczęściej wznawiane, w nieśmiertelnej edycji „Naszej Księgarni” i w tłumaczeniu Janiny Mortkowiczowej, były pierwsze cztery tomy sagi. Od kiedy znalazły się w spisie lektur szkolnych, ich nakłady wzrosły do ponad stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Inne wydawnictwa, np. „Zielona Sowa”, przybliżyły polskim dzieciom do tej pory nieznane u nas tomy historii Loftinga: „Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro”, „Doktor Dolittle i zielona kanarzyca”, „Opowieści z Puddleby”. I te książki mam na półce. Nie przeczytałem ich nigdy i pewnie nigdy nie przeczytam. Zbyt trywialne toto dla starego byka, język nie taki i tematyka nie ta. Seria została napisana po I wojnie światowej, ale jej naszkicowane realia sugerują połowę XIX wieku. Jednak głównym powodem tego, że po owe pośmiertnie już w oryginale wydane części cyklu nie sięgnę, jest prosty fakt, iż nie są ilustrowane przez Zbigniewa Lengrena.

Po raz drugi Lengren pojawił się w mojej świadomości małego czytelnika, kiedy sięgnąłem po przechowywane w domu numery „Przekroju”. Layout, jak to się teraz modnie mówi, legendarnego krakowskiego czasopisma nawet w odczuciu dziecka trącił myszką. Zaczynałem czytać „Przekrój” oczywiście od strony ostatniej, gdzie w dziale „Rozmaitości” był zamieszczany rysunkowy pasek z bezsłownymi, trój- bądź czteroobrazkowymi perypetiami Profesora Filutka. W ciągu pięćdziesięciu pięciu lat pracy w „Przekroju” rysownik stworzył ok. 2500 takich historyjek i z rzadka tylko je powtarzał. Trzy, cztery kadry pionowego zazwyczaj komiksu. Nikt ich tak zresztą nie nazywał, bo słowo komiks było albo nieznane, albo nawet niechętnie widziane; wśród tak wielu rysunków z Filutkiem udało mi się jednak znaleźć jeden, na którym charakterystyczny komiksowy dymek się pojawia. Jeszcze bardziej fachowo można by je nazwać stripami.

Nie wiem, czy w dzieciństwie widziałem podobieństwo postaci Profesora do wyglądu Doktora Dolittle, ale na pewno rozpoznawałem charakterystyczną kreskę rysownika. Filutek też jest starszym panem o archaicznym wyglądzie: też nosi jaskółkę, zamiast cylindra ma dopasowany kolorem do fraka i spodni czarny melonik, a zamiast dolittlowego fularka – muchę; jego biała bródka  i wąsy są jednak bardziej spiczaste, a nos bardziej wydatny i wydłużony. Dopiero teraz, pisząc ten tekst, dowiedziałem się, że to Profesor powstał w pracowni artysty wcześniej niż mój Dolittle, wyraźnie (?) na nim wzorowany.

Już w latach 50. popularność Filutka, któremu po pewnym czasie zaczął towarzyszyć pies Filuś, była tak wielka, że w krótkim czasie wyszły drukiem trzy małe zbiory historyjek w nietypowym, pionowym formacie: „Prof. Filutek” (Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne RSW „Prasa”, Warszawa 1957), „Prof. Filutka przygód ciąg dalszy” (1961), „Prof. Filutek i jego piesek” (1964). Potem, po prawie dwudziestu latach, wydana została książka „Filutek i jego pies” (KAW, 1983), a po kolejnych trzydziestu latach ukazał się pomnikowy album „Prof. Filutek 1948–1966” (Ongrys, 2014).

Profesor znany był w tzw. demoludach – w NRD (Niemieckiej Republice Demokratycznej) i Czechosłowacji, ale też we Francji i NRF (Niemieckiej Republice Federalnej). Jego sława sięgnęła nawet ZSRR (Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich)! Kilkanaście lat temu na małym bukinistycznym rynku za Lwowskim Muzeum Historii Religii, czyli w środku miasta, udało mi się kupić książeczkę wydaną w Polsce, ale na rosyjskojęzyczny rynek. Zbigniew Lengren sam wypisał grażdanką tytuł na okładce i stronach tytułowych (2). Nic dziwnego, znajomość rosyjskiego w latach 50. była powszechna, a sam autor urodził się w Tule, słynnym samowarowym mieście. (…)

Przypisy:

1. Jaskółka to ubiór męski przypominający frak, noszony do połowy XIX wieku. Słowo to dzisiaj oznacza jedynie ptaka z rozdwojonym ogonkiem, stąd nazwa tego typu żakietu. Frak obecnie jest bardzo wykwintnym strojem wieczorowym.

2. Część wykorzystanych tu informacji pochodzi ze wstępu doktora Adama Ruska z Biblioteki Narodowej do albumu udostępnionego mi przez Autora via e-mail 3 lutego 2015, część zdobyłem podczas spotkania z nim oraz wydawcą podczas 25. Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi 4 października 2014 r.

Cały artykuł przeczytacie w najnowszym 25. „Rymsie”.

Tomasz Marciniak – był socjologiem kultury, pedagogiem, wykładowcą. Zajmował się tematyką związaną z mniejszościami narodowymi, procesami migracyjnymi, głównie ormiańskimi oraz kulturą masową, przede wszystkim komiksem. Zmarł nagle 9 kwietnia 2015 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj