Janina Porazińska – portret zapomnianej damy

0
94

Hanna Diduszko, Janina Porazińska – portret zapomnianej damy, [w:] „Ryms” nr 25, wiosna 2015.

– W tym domu na parterze mieszkała przez dziesięć lat Janina Porazińska. Była starszą panią, nie mogła już poruszać się swobodnie, a bardzo lubiła przyrodę. Tutaj, tuż za oknem, miała ogród. Mogła bez kłopotu wyjść, posiedzieć sobie na słoneczku. Nasi starsi czytelnicy pamiętają, że zapraszała na jabłka dzieci z sąsiedztwa…

– Janina Porazińska? A kto to taki? – pyta sympatyczna, młoda nauczycielka, która przyszła na tzw. lekcję biblioteczną ze swoimi przedszkolakami do Biblioteki im. Haliny Rudnickiej (mieszczącego się na warszawskim Żoliborzu Oddziału Muzeum Książki Dziecięcej).

– Proszę pani, to taka jedna pani! Na Powiślu jest Park imienia Janiny Porazińskiej! Byłem tam z tatą! Tam siedzą na płocie takie figurki i jest pomnik kozy – wyręcza mnie sześciolatek.

Rzeczywiście. Sześciolatek ma rację. Na warszawskim Powiślu od 2011 roku można spacerować po parku nazwanym imieniem Janiny Porazińskiej (1882–1971), autorki prozy, poetki, tłumaczki, współzałożycielki i redaktorki kilku pism dla dzieci, przede wszystkim „Płomyka” i „Płomyczka”. Wyrosło już jednak pokolenie, które nie wie, kim była. Dobrze, że może przynajmniej – wraz ze swoimi młodymi nauczycielkami – pobawić się w parku jej imienia, zobaczyć usadowione na parkanie psotki i śmieszki, przyjrzeć się pomnikowi Kozuchy Kłamczuchy… Może coś z tych zabaw i spacerów wyniknie?

Janina Porazińska była przed II wojną światową jedną z „czterech dam literatury dla dzieci”. Tak nazwała cztery wybitne pisarki – Janinę Porazińską, Marię Kownacką, Ewę Szelburg-Zarembinę i Hannę Januszewską – profesor Joanna Papuzińska podczas sesji popularnonaukowej zorganizowanej dla uczczenia pamięci Janiny Porazińskiej z okazji czterdziestej rocznicy jej śmierci. Sesja została zorganizowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy – Oddział Powiśle; pisarka mieszkała wiele lat na Powiślu.

Książki dla dzieci pióra Janiny Porazińskiej, przez dziesięć lat zamieszkującej parter willi przy ul. Sułkowskiego 26 na warszawskim Żoliborzu (dom należał do małżeństwa Rudnickich: Haliny – pisarki, i Kazimierza – ekonomisty), miały po kilkanaście wydań. Wznawiano pozycje przedwojenne, pisarka wciąż jednak tworzyła nowe teksty. Czerpała przede wszystkim z tradycji ludowej, a także z folkloru dziecięcego, nawiązywała do znakomitych tradycji literatury dziecięcej (Marii Konopnickiej, Zofii Rogoszówny). W jej książkach nie ma nachalnego dydaktyzmu. Jest za to literacka (czy też szerzej – kulturowa) tradycja. Porazińska, podobnie jak jej starsza koleżanka po piórze Maria Konopnicka, przede wszystkim towarzyszyła dziecku w jego przeżywaniu i poznawaniu świata.

Mojemu pokoleniu wprost trudno uwierzyć, by ktoś mógł nie znać nazwiska tej wielkiej „damy literatury dla dzieci”. Pamiętam, że jako dziecko śpiewałam, tak jak i moje koleżanki, piosenkę o Dorotce („Ta Dorotka, ta maluśka/ tańcowała dokoluśka./ Tańcowała ranną rosą, tupotała piętką bosą”). Pamiętam, że jako sześcio- czy może siedmiolatka wyliczałam: „Ele-mele, eska,/ ta nasza Tereska,/ ta nasza Tereska/ ma czarnego pieska./ A ten piesek bardzo zły,/ pokazuje ostre kły”. Oba wierszyki pochodzą ze zbiorku „Psotki i śmieszki” z cudnymi ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego (był on, przypomnijmy, „tatusiem Misia Uszatka i Plastusia”, a ponadto jedynym – jak dotąd – laureatem tzw. Małego Nobla, przyznanej przez IBBY w 1982 roku nagrody za całokształt twórczości ilustratorskiej). „Psotki i śmieszki” istniały dla mnie „od zawsze”, tak samo realnie jak rodzice, siostra, babcia i dziadek. Jedną z pierwszych przeczytanych przeze mnie samodzielnie książek był „Kichuś majstra Lepigliny” z ilustracjami Marcina Szancera. To właśnie Kichuś… sprawił, że Kraków już na zawsze pozostał miastem zaczarowanym. Jako ośmio- czy dziewięciolatka czytałam „Kopciuszka” – baśń, której akcja toczy się na podkrakowskiej wsi… Kopciuszkiem jest sierotka – Kasia. Dzięki czarom dostaje się na Wawel. Tam bawi się na balu z królewiczem, a jej zgubiony bucik wpada do… smoczej jamy. Pamiętam, że zupełnie naturalnie czytało mi się ten tekst pełen gwarowych wyrażeń. Nie wiem, jak to się działo, ale jakoś wszystko rozumiałam, a w każdym razie wiedziałam, o co chodzi. (Gdy wzięłam tę książkę do rąk teraz, sama się zdziwiłam: jak to było możliwe?).

W szkole (chyba w szóstej, może siódmej klasie) zalecano przeczytanie lektury – powieści biograficznej o Janie Kochanowskim „Kto mi dał skrzydła”. Pamiętam, że czytałam ją z zainteresowaniem i później – już jako maturzystka, a potem studentka polonistyki – wiele faktów z biografii poety miałam w głowie; tak mocno utkwiły mi w pamięci w dzieciństwie. Kochanowski stał się dla mnie w szóstej klasie kimś bliskim. Kimś, z kim się chciałam zaprzyjaźnić (co się poniekąd powiodło, bo specjalizowałam się w literaturze staropolskiej).

Dziś boimy się, by dzieci nie natknęły się na jakąś trudność czytelniczą – nieznane słowo czy, nie daj Boże, nieznane wyrażenie. Obawiamy się, by dzieci nie natrafiły na świat zbyt odległy od współczesnych realiów. Obawiamy się, że realia mało znane będą obce i zniechęcające. Może są to obawy słuszne, może niezupełnie. Być może nie doceniamy możliwości percepcyjnych i ciekawości dzieci. A może po prostu boimy się posądzenia o staroświeckie gusta? Wydawcy (czemu trudno się dziwić, ponoszą wszakże ryzyko finansowe) obawiają się, że staroświecka książka się nie sprzeda. Bycie nowoczesnym traktowane jest niemalże jako obowiązek.

Na czym polega starzenie się książek? Czy ich starzenie się jest tym samym, czym – staroświeckość? Co powoduje, że niektóre pozycje – dawniej lubiane – dziś wydają się po prostu niestrawne? Wydają się (wszystkim?) czy rzeczywiście są? To według mnie pytania fundamentalne.

Nie sądzę, by wspomniana powieść biograficzna Porazińskiej ustępowała dziś tworzonym utworom tego gatunku. Więcej w niej życia i literackiej sztuki wysokiej próby niż w rzemieślniczych (bardzo solidnych co prawda i przepięknie wyglądających) biograficznych produktach książkowych tworzonych obecnie. W powieści o Kochanowskim autorce – oprócz faktów – udało się również w przekonujący i trafiający do serca sposób zapisać emocje. A te zmieniają się najmniej. Powieść „Kto mi dał skrzydła” – bez względu na to, co można by jej dziś zarzucić – była (i pozostała) prawdziwą literaturą przez wielkie L. Utwór zaczyna się opisem ukazującym tło zawiązującej się akcji (mamy tu przyrodę oraz realia szlacheckiego dworku) i scenką rodzajową. Od razu ukazują się plastycznie zarysowane postaci: wesoły stróż Damazy, dobroduszna, choć pozornie sroga niania, psotne dzieci. Są wśród nich Janek – jeszcze nie wiadomo, że będzie to główny bohater – i jego mali bracia. Wszyscy zostają ukazani jako weseli, psotni chłopcy. Ułatwia to małemu czytelnikowi wejście w klimat epoki i utożsamienie się z postacią. Zachęca do śledzenia jej losów. Pisarka znakomicie posługuje się tu „unaoczniającym” czasem teraźniejszym. Tego rodzaju zabieg zmniejsza dystans pomiędzy czytelnikiem a światem przedstawionym. Powoduje, że nawet to, co odległe w czasie, staje się bardziej „oswojone”, bliższe. Czy powieść „Kto mi dał skrzydła” przeczyta dzisiejsze dziecko? Obawiam się, że nie. Jednak „wina” nie leży tu po stronie Porazińskiej. Literaturą przez bardzo wielkie L jest też twórczość Jana Kochanowskiego. Ale kto go dziś czyta? Nie ma zainteresowania Kochanowskim, nie może być też zainteresowania książką o nim. Problem nie leży zatem w ewentualnej „staroświeckości” powieści, lecz – znacznie, znacznie głębiej.

Niekiedy wydawcy ryzykują i wydają zapomniany utwór ponownie. Wydawnictwo Book House wypuściło na rynek w 2009 roku „Pamiętnik Czarnego Noska” (w serii „Lektury mojej babci”) z malarskimi ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej (starsze pokolenie pamięta poprzednie wydania, z „wycinankowymi” ilustracjami Adama Kiliana). Book House dokonał co prawda zabiegu swoistej rewitalizacji. Zmienił nie tylko ilustracje (dobre zastąpił dobrymi), lecz także dodatkowe objaśnienie wstępne: informację o „Słonku”, pisemku dla małych dzieci wychodzącym „przed wojną […], bardzo, bardzo dawno temu”, wzbogacił o wiadomość, że „”Słonko” czytywały zapewne babcie, a może i prababcie współczesnych dzieci” (z pewnością chodzi o prababcie!). Ten sprytny zabieg miał zapewne osadzić książkę rodzinnie i, ewentualnie, zabezpieczyć przed zarzutem staroświeckości… Dziś czytają tę uroczą książkę (wraz z rodzicami) dzieci młodsze niż dawniej, pięcio-, cztero-, a czasem i trzyletnie. Tak czy inaczej wygląda na to, że „Pamiętnik Czarnego Noska” nie jest odbierany jako staroświecki. Świadczą o tym dość liczne wypożyczenia i pozytywne wypowiedzi dzieci i rodziców.

Podobnie może być z innymi tekstami Porazińskiej. Zauważyły to wydawnictwa fonograficzne. Na płycie „Kołysanki – utulanki” (Magdy Umer i Grzegorza Turnaua) oraz płycie „Polskie radio dzieciom” znalazły się piosenki z tekstami Janiny Porazińskiej. Ten muzyczny trop, choć skromny, może być jednak bardzo obiecujący. Porazińska korzysta bowiem z tradycji poezji ludowej, w której niezwykle ważnym elementem jest właśnie muzyczność. W zbiorkach wierszy Janiny Porazińskiej dziecko napotka świetny rytm i rymy, refrenowe powtórzenia, a w warstwie fonetycznej różne typy aliteracji. To wszystko działa na słuch, zachęca do śpiewu lub też pozwala po prostu cieszyć się brzmieniem. Świadomie stosowana muzyczność, a także niebanalne obrazowanie i apelowanie do bliskich dziecku emocji wpisują teksty „zapomnianej damy” w nurt Literatury przez wielkie L. A udostępnianie takiej właśnie Literatury jesteśmy dzieciom po prostu winni. Dotyczy to na pewno zbioru „Psotki i śmieszki”, w którym pisarka mistrzowsko wykorzystuje elementy poezji ludowej, z jej zrytmizowaniem i śpiewnością, podkreślaną powtórzeniami, zdrobnieniami, refrenami, wyliczeniami. Wszystko to sprawia, że wiersze natychmiast wpadają w ucho, a to dla małego ucha bardzo pożądana cecha tekstu („Spojrzał Miś na kalenicę. / Wróbel jest tam! Wnet go chwycę! / Włazi kotek / po drabinie, / po drabinie, / po drabinie… / Już ostatni miał szczebelek./ A wtem frr… uciekł wróbelek”).

Porazińska ofiarowuje też dziecku pełne uroku obrazki. Umiejętnie i z wdziękiem posługuje się personifikacją. Dzięki niej przyroda staje się bliska, jak ktoś z rodziny czy z sąsiedztwa („Pyta słonko z ostrożna,/ pyta rankiem: »Czy można?«/ i spogląda złociście/ na szybeczkę przez liście”). Staje się czymś, co się dostrzega, z czym się na swój sposób rozmawia. Takie podejście nie wydaje się wcale staroświeckie… W innym zbiorku wierszy, „W Wojtusiowej izbie” (wydanie z 1946 roku, kilkakrotnie potem powtarzane, przepięknie zilustrowała Olga Siemaszko), poetka zabiera dziecko do dawnej wiejskiej chaty. Tutaj współczesny mały czytelnik potrzebować pewnie będzie nieco więcej wyjaśnień, dotyczących gwarowych wyrażeń czy wiejskich realiów, ale bez nich też się obejdzie. Czego nie zrozumie, to sobie „domyśli”, „dowyobraża” i… dośpiewa. Pomocą w rozumieniu (jeśli będzie jego silna potrzeba) mogą się stać ilustracje, pokazujące, jak wygląda pogrzebacz czy miotła. Porazińska wchodzi jednak w świat dziecka, lubiącego sobie wyobrażać różne różności (i tak jest do dziś), o których „starsi – wy nie wiecie”. Stają się one częścią jego świata, bardzo żywą i ważną. Dziecko nie zawsze chce za wszelką cenę rozumieć. Lubi się pobać czy też zadziwić. Wtedy wystarczy słyszeć wiersz. A wierszy „wielkiej damy” się bardzo dobrze słucha. Dziecko (a poetka z nim) słyszy, że „coś przygrywa w sadku cienko”, widzi, „jak wilk zębiska szczerzy:/ – Ha-uuu! Ha-uuu!…”. Poetka słyszy, jak małe dziecko dopiero uczy się mówić i nawołuje skłócone bieguny kolebki, by się przeprosiły („– No, biedunty, pseploście się!/ Husi, husi, husi…”). Poetka personifikuje świat przyrody, który ożywa kolorami, dźwiękami i rytmem („Siwy mróz przed chatą klęka/ i maluje precz okienka […], Deszcz po szybce ścieka:/ kap… kap… kap…/ – Chyżo mnie, Wojteczku, złap, złap, złap!”). A to znowu jest czerpaniem z tradycji poezji ludowej, w której przyroda postrzegana jest jako coś naturalnego i bliskiego. Coś, co nie jest zagrożeniem, lecz istotnym warunkiem ludzkiego bycia w świecie. Współczesne dziecko, nawet mieszkające na wsi, coraz częściej, mimo nawoływań nowoczesnych ekologów, bywa od przyrody oddzielane. Natrafia na zapory technologiczne. Coraz częściej – i dzieci, i my, dorośli – oglądamy realny świat za pośrednictwem zimnych ekranów. Może więc nie jest dobrze, że – zapewne w imię nowoczesności, w obawie przed staroświeckością – od małego ogranicza się człowiekowi możliwość obcowania z tekstami, w których przyroda jest tak ważna, a jednocześnie tak prosta, tak bliska, tak naturalna… (…)

Cały tekst przeczytacie w 25. „Rymsie” – polecamy!

Hanna Diduszko – z wykształcenia polonistka. Autorka materiałów dydaktycznych i informacyjnych z zakresu programu edukacyjnego „Filozoficzne dociekania z dziećmi i młodzieżą”. Pracowała z małymi dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Koordynowała prace nad polskim wydaniem Europejskiej Filozoficznej Gazety dzieci „100”. Pełniła funkcję prezesa Stowarzyszenia Edukacji Filozoficznej Phronesis. Od pięciu lat kieruje Biblioteką im. Haliny Rudnickiej – Oddziałem Muzeum Książki Dziecięcej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj