KOC: Z przygód nałogowego czytelnika

0
71

KOC – Klub Osobników Czytających, w którym bardzo różni kulturalni czytelnicy dzielą się z „Rymsem” wspomnieniami ze swoich niepokojących, obrazoburczych, poruszających, wzruszających lektur dzieciństwa i wczesnej młodości. W części dwudziestej drugiej: Piotr Majorczyk.

Urodziłem się pięknego października 1970 roku. Sześć lat później mój starszy brat nauczył mnie składać litery. Zacząłem czytać książki i do dzisiaj nie przestałem, co sprawia, że rok 2016 stanowi mój prywatny i okrągły jubileusz czytelniczy, warto więc przy tej okazji nieco sobie powspominać.

Domowa biblioteka nie była bardzo zasobna, może dlatego czytałem te same książki wielokrotnie. Uważam że to dobry zwyczaj. Pozwala dostrzec smaczki przeoczone podczas pierwszej lektury, utrwala rytm prozy i zdarzeń, sprzyja zaprzyjaźnianiu się z tą, a nie inną książką, czyniąc z niej przyjaciela i magiczną kotwicę, zarzuconą w czasie przeszłym.

Na początku były baśnie „U Złotego Źródła”, „Opowiadania” Niziurskiego, potem dwie książeczki o przygodach doktora Dolittle – „Cyrk” i „Podróże” – tu odkryłem czar ilustracji, konkretnie Zbigniewa Lengrena. Doktor Dolittle w jego wykonaniu był dobrodusznym panem w cylindrze i z hiszpańską bródką – nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy w tomie „Opera doktora Dolittle” zobaczyłem go bez brody, no źle to wspominam. Ale tam nie było ilustracji Lengrena. Potem zostałem mistrzem świata w czytaniu książek Szklarskiego – „Orle Pióra” przez rok czytałem raz w miesiącu, nawet na czas – dziwne, że nie wpadłem na pomysł, by czytać je od tyłu. W końcu trzeba było jednak poszerzyć krąg lektur, złapałem się więc za wspomnienia Mieczysława Fogga „Od palanta do belcanta”. Mama powiedziała wtedy „dość” – i wysłała mnie do biblioteki. I o to właśnie mi chodziło!

Ten zapach, ta cisza, regały pełne książek (z okładkami z folii lub szarego papieru) i pani, która wiedziała, co akurat powinienem przeczytać. No i poleciało, London, Twain, May, Szczepańska, Fiedler, Preussler, Bahdaj, Verne, Niziurski. Jako że limit wynosił jednorazowo trzy książki, żeby zaoszczędzić wizyt raz w tygodniu, zapisaliśmy z bratem do biblioteki dziadków i rodziców, i na ich konto wychodziliśmy obładowani prawdziwymi skarbami. Czytało się wszędzie i o każdej porze, lubiliśmy na przykład wyjeżdżać windą na najwyższe piętro jakiegoś wieżowca w rodzinnej Częstochowie i czytać sobie z ładnym widokiem. Miło wspominam też czas, gdy w trudnych zaopatrzeniowo czasach zostałem profesjonalnym gęsiarczykiem – wyprowadzałem drób na łąkę, gąski taktownie znikały, a ja mogłem czytać „Don Kichota” dopóki, nie wiadomo skąd, ale zawsze na czas, wracały. Jak się potem okazało tato musiał pokrywać szkody wyrządzone na innych polach, zaś po okolicy rozeszła się wieść, że pojawił się jakiś nowy Janko Muzykant.

A potem wszedłem w trzeci krąg wtajemniczenia, znany wszystkim, którzy po latach układają książki na półkach w trzech rzędach na mocnym dopychu, dokonują bolesnych wyborów, które tomy wynieść w pudłach do piwnicy, by po roku, płacząc z radości, przynieść je z powrotem – chodzi oczywiście o gromadzenie książek. Wymiana własnoręcznie skonstruowanej strzelby na gwoździe na egzemplarz „30 nowel” Jacka Londona do dziś uważam za życiową transakcję. W księgarniach, bez znajomości z personelem, nie było czego szukać – pewnego razu przekroczyłem za to próg antykwariatu. Czego tam nie było! Szybko wybrałem sobie mniej więcej półmetrowy stosik. Uprzejma pani podała mi łączną kwotę, którą nie bardzo się przejąłem – chyba aż do tylu nie umiałem liczyć. Rezygnowałem więc, z bólem, z kolejnych tomów, stosik topniał, aż została tylko jedna książka, za którą bez parudziesięciu groszy, mogłem zapłacić. To były „Przygody Hucka” Marka Twaina, w doskonałej iskrowskiej serii „Klasyka Młodych”. Mam je do dzisiaj. Innym razem na witrynie tego samego antykwariatu żółciła się okładka wieczystego hitu „Jutro klasówka” Edmunda Niziurskiego. Cena była miłosierna – 60 zł, ale ja miałem tylko dziesiątaka z Mickiewiczem albo Prusem, których wtedy nie czytałem. W gorączce wpadłem do pobliskiego sklepu filatelistycznego i chwyciwszy za ramiona pierwszego z brzegu chłopaka wydyszałem gorączkowo „Pożycz pięć dych!” . „A kiedy mi oddasz?” zapytał flegmatycznie, „Jutro!”, „Dobra”. No i po dziesięciu minutach mknąłem do domu z książką, która, kiedy piszę te słowa, leży sobie po mojej lewicy. Niestety, nie tylko nie wymieniłem się z moim dobroczyńcą kontem bankowym, ale i podstawowymi danymi personalnymi. Nigdy więcej go nie widziałem, nigdy o nim nie słyszałem, choć próbowałem. Do dzisiaj odpracowuję te pięćdziesiąt starych złotych na różnych frontach. Co ciekawe, pewnego wieczoru na warszawskiej Pradze odtworzyłem dokładnie taką samą rozmowę z dwoma wysokimi dobrymi ludźmi, tylko kwoty były wyższe, nie ja zagajałem i nie o książkę im chodziło. I oni pewnie do dzisiaj mnie szukają w celu zadośćuczynienia.

W ten sposób płynnie doszedłem do największego z mistrzów nie tylko mojego dzieciństwa – Edmunda Niziurskiego. No i pióro trochę mięknie, za dużo by się chciało napisać, a się nie potrafi. Może tak: był pisarzem przezroczystym, przemawiał do swoich czytelników poprzez pełnokrwiste charaktery stworzonych przez siebie postaci i wydarzeń, które działy się w dobrym tempie. Oszczędzał nam dydaktycznego zapaszku, a jeśli już musiał wsadzić do książki jakiegoś szpiega, odbywało się to z wyraźnym mrugnięciem do czytelnika, było jak sztuczne wąsy albo happy endy w komediach Fredry. Świat przedstawiony był wiarygodny i demokratyczny, mógł się w nim dobrze czuć zarówno wielkomiejski licealista, jak i małomiasteczkowy autsajder. Może dlatego, że najczęstszym motywem książek Mistrza było funkcjonowanie w grupie, potrzeba konfrontacji, akceptacji, ale też nie za każdą cenę. Imponowało mi, że bohaterowie Niziurskiego odnoszą się do siebie z szacunkiem, mimo przynależności do innych plemion, są dowcipni i trzymają fason, gardząc chwytami nieczystymi.

Weźmy taką powieść „Siódme wtajemniczenie”. Oto Gustaw, syn inżyniera, ląduje w szkole w Gnypowicach Wielkich. Musi wybierać pomiędzy przynależnością do jednego z dwóch klanów – tubylczych Matusków lub napływowych Blokersów. Oba klany codziennie toczą walkę o twierdzę Persil, stary budynek na peryferiach miasta. Pokonując sześć kręgów wtajemniczenia Gustaw od-krywa siódme – że tak naprawdę, wbrew buńczucznym zapędom wodzów i bez ich wiedzy, obie strony doskonale ze sobą współpracują. Pomagając sobie w lekcjach lub pożyczając tajemniczą księgę „Przygody Anatola stukniętego na początku”. Bohater żegna dziecinne czasy bijatyk, by stawić czoło rzeczywistości, w której już nie ma wymyślonych wrogów. Podobnie dzieje się w znanym chyba wszystkim „Sposobie na Alcybiadesa”, gdzie draka wymyka się spod kontroli i zmienia – w co? Dorastanie? Dojrzałość?

Czytałem wiele książek, których autorzy pisali Gombrowiczem, nie zawsze się to sprawdza. Z drugiej strony znam wiele osób, które, świadomie lub nie, mówią Niziurskim: inteligentnie, z szelmowskim błyskiem, ciekawością i szacunkiem dla rozmówcy. Taka jest właśnie większość moich przyjaciół i znajomych. Takie jest całe mnóstwo ludzi, których jeszcze nie poznałem, ale wiem, że po paru wymienionych uprzejmościach wypłynie w końcu fraza Niziurskiego. Ten szczególny klan Niziurczyków jest potwierdzeniem wielkości autora „Awantury w Niekłaju”, jako pisarza i nienachalnego wychowawcy pokoleń wtajemniczonych. Mnie zaś osobiście przypomina o radości tych pierwszych lektur. Ich wspomnienie sprawia, że znowu czuję wiatr we włosach, których od pewnego czasu już nie mam.

Piotr Majorczyk – częstochowianin, urodzony w Bytomiu, mieszka w Krakowie. Od 18 lat w branży wydawniczej i księgarskiej. Pracował w Wydawnictwie Literackim. Jest współzałożycielem księgarni – kawiarni oraz wydawnictwa BONA w Krakowie. Od czterech lat pracuje w wydawnictwie Copernicus Center Press. Ojciec Zuzanny i Katarzyny, które kolekcjonują wspaniałe książki polskich wydawców literatury dziecięcej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj