Dwieście lat, Tintinie!

0
74

Trudno w to uwierzyć. W czasach, gdy kultura popularna dość szybko nudzi się kolejnymi tematami, Tintin jest ciągle świeży i wciąż sięgają po niego zastępy ludzi w różnym wieku. Artyści komiksowi nieprzerwanie traktują go jako źródło inspiracji i wygląda na to, że szarzy czytelnicy również nie są nim zmęczeni – chcą przeżywać jego przygody, mimo iż dzieło nieżyjącego już od 1983 roku Hergégo (naprawdę autor nazywał się Georges Prosper Remi) ma niemal wiek na karku. Minęło już bowiem 90 lat od pierwszej publikacji komiksu o przygodach uroczego chłopca reportera.

Trzeba jednak przyznać, że seria ta miała niebywałe szczęście do swoich czytelników – dorastając, nie zapomnieli o swojej ulubionej lekturze z dzieciństwa, wracali do niej, będąc już w starszym wieku, i co istotne – podtykali pod nos swoim dzieciom. Dzięki temu kult Tintina szerzy się dalej i nic nie wskazuje na to, żeby ta sytuacja miała się zmienić.

U nas seria nie miała niestety tyle szczęścia i przez wiele lat była niedostępna, co sprawiło, że w Polsce Tintin nie jest jeszcze dziełem bez trudu rozpoznawalnym. Historia publikacji wyglądała tak: najpierw w latach 90. wydania dwóch tomów podjął się Egmont (wtedy też miałem pierwszy raz styczność z genialnym tomem Krab o złotych szczypcach), ale po nich nie pojawiły się następne. Potem serię próbowała wydawać oficyna Twój Komiks, po paru numerach również poległa. Ostatecznie niecałą dekadę temu licencja znów wróciła do Egmontu, który najpierw wydał całość w kieszonkowej, twardookładkowej edycji po kilka tomów w jednym woluminie, a potem jeszcze raz w pojedynczych albumach podanych nam w europejskim formacie i – co istotne dla młodego czytelnika – przystępnej cenie. To dobrze, że jedna z najważniejszych serii komiksowych w historii dostępna jest na naszym rynku. Na Zachodzie Tintin cieszył się ogromnym powodzeniem i estymą. Dziadkowie czytali go wnukom, przy okazji wspominając, jak sami zaczytywali się w tym komiksie w dzieciństwie. Trochę więc wstyd, że w Polsce nie można było zdobyć polskich wydań.

Zanim Hergé doczekał się albumów firmowanych swoim nazwiskiem, debiutował oczywiście na łamach prasy. Jego praca mola redakcyjnego, siedzącego nad kolejnymi paskami komiksowymi, wydawała mu się niewdzięczna na tle artykułów pisanych przez wszelkiej maści podróżników przeżywających liczne przygody. Postanowił przynajmniej w swojej wyobraźni wejść w ich buty i uszczknąć trochę splendoru dla siebie. Bohatera komiksu uczynił więc sławnym dziennikarzem-obieżyświatem. Inspiracją dla niego były również bogato ilustrowane powieści awanturnicze, które czytał w młodości, i kino, z niemymi gwiazdami komedii slapstickowych na czele. Niebagatelną rolę miała też przynależność Hergégo do harcerstwa – to związkom z tą organizacją zawdzięczamy nieugięty i dobry charakter chłopca reportera.

Akcja serii na początku rozgrywa się w czasach, gdy nie opadł jeszcze kurz po wielkich wyprawach eksplorujących nieodkryte miejsca na Ziemi, i pobrzmiewa w niej też duch kolonializmu – do dziś kontrowersyjny jest tom Tintin w Kongo. Doszło nawet do przerysowania przez autora części albumów i usunięcia niektórych motywów, acz sam Hergé zapewniał, że chodziło o graficzne ujednolicenie serii. W późniejszym okresie, gdy świat się zmieniał, a Hergému kończyły się podróżnicze tematy, postanowił on wysłać swojego bohatera nawet na Księżyc. Dobre kilka lat zanim w kosmos poleciał pierwszy sputnik, Tintin już stąpał po srebrnym globie. Co ciekawe, autor musiał dobrze odrobić pracę domową, bo bardzo realistycznie ukazał realia gwiezdnych wojaży. W jego historii występuje obniżone ciążenie, widzimy wyglądające niemalże autentycznie skafandry, a rakieta ma podobny kształt do tych, które kilka lat potem przecięły niebo.

Seria ta to jednak nie tylko Tintin i niebezpieczne podróże po egzotycznych krajach. W tle przechadza się cała plejada intrygujących postaci, które wprowadzane były do serii stopniowo i w określonych celach. Moją ulubioną jest Kapitan Baryłka – rzekomo alter ego samego Hergégo. To pijak i często wpadający w szał awanturnik, rzucający na lewo i prawo inwektywami. Skuteczna postać do kreowania humoru sytuacyjnego, od którego ta seria aż kipi. Trudno nie uwielbiać również sprawującego podobną rolę – Milusia, psa Tintina, który (ku mojemu zaskoczeniu) też nie wylewa za kołnierz. Tak, piesek pije częściej niż raczej stroniący od kielicha Tintin! Następni w kolejce są dwaj policjanci safanduły – Tajniak i Jawniak, którzy zostali nieco upodobnieni do Charliego Chaplina, bo wyposażono ich w meloniki i laseczki. Ostatnim przedstawicielem tej menażerii jest niedosłyszący wynalazca – Profesor Lakmus, przez swoje problemy ze słuchem wplątujący się cały czas w jakąś kabałę.

Warto zauważyć, że autor śmiało wykorzystywał potencjał reportażowy komiksu, tworząc jakby powieści graficzne, będące relacjami z różnych części świata – a to tendencja, która stała się modna dopiero na przełomie wieków. Na Zachodzie ludzie, którzy czytali ten komiks w młodości, ponoć łapią się na tym, że podczas podróży po świecie często odbierają dane realia przez pryzmat tego, co czytali w albumach Hergégo. Walor edukacyjny jest tu więc niebagatelny.

Być może objętościowo Tintin nie jest powalający – to zaledwie 23 tomy (24 jest niedokończony), zazwyczaj liczące po 62 strony – ale komiksy o nim stanowią ważną część historii medium. Przyglądając się warsztatowi autora, można by pomyśleć, że brakowało mu odwagi do wprowadzania udziwnień w narracji graficznej – to jednak zamierzone zabiegi, mające podkreślić odrębny styl Hergégo, kreowany bardzo świadomie. Większość jego opowieść zamknięta jest w równiutkich panelach – dopiero w późniejszych tomach pozwalał sobie na ukazywanie dużych, rozpiętych na całą planszę widoków. Szukając w jego pracach innowacyjności, dostrzeżemy też, że w najlepszych momentach czerpie dużo z kina i przedstawia kadry pełne dynamiki, skomponowane w sposób filmowy. Bardzo istotnym elementem składowym stylu graficznego Hergégo jest tak zwana ligne claire, czyli „czysta kreska”, polegająca na dokładnym obrysowaniu tuszem elementu, który pojawia się w kadrze, i co za tym idzie – całkowitym unikaniu cieniowania. Sprawia to, że na jego grafikach wszystko sportretowane jest bardzo ikonicznie – nomen omen, komiksowo.

Same rysunki mimo prostoty są wybitne, a niektóre obrazki to małe arcydzieła. Weźmy 7. tom pod tytułem Czarna Wyspa, w którym akcja dzieje się na Wyspach Brytyjskich. Znajdują się tu widoczki idealnie nadające się do wieszania na ścianie. Niby to proste kadry, obrazujące tytułową wyspę, na której znajdują się ruiny zamku, ale zawierają całą esencję klimatu Szkocji. Nawet jeśli oderwalibyśmy je od treści, to większość odbiorców bez problemu umiejscowiłaby te rysunki w konkretnym rejonie geograficznym. Autor przywiązywał bowiem wielką wagę do graficznej wierności szczegółów i gromadził ogromną dokumentację do swoich rysunków. To w tym tkwi moc Hergégo, to dlatego jest dziś uważany za geniusza komiksu.

Cały Tintin jest bardzo dobrą, inspirującą lekturą, ale według mnie nie warto zaczynać z nim przygody od pierwszych tomów. Lepiej najpierw sięgnąć po te, które ukazują talenty Hergégo już w pełnej krasie. Proponowałbym rozpocząć przygodę od Kraba o złotych szczypcach, kiedy to pierwszy raz pojawia się Kapitan Baryłka, albo od dyptyku Tajemnica Jednorożca i Skarb Szkarłatnego Rackhama.

W tomach tych strona formalna jest już na najwyższym poziomie, a i postacie są w pełni ukształtowane. Szalona, dynamiczna jazda bez trzymanki, czyli główna cecha serii o Tintinie, jest w nich najbardziej namacalna. Można szukać tu też związków z kinem no- wej przygody i takimi kamieniami milowymi kinematografii jak Indiana Jones, tylko że Hergé robił takie rzeczy kilka dekad przed Spielbergiem. Wiąże się z tym zresztą cie- kawa anegdota, bo słynny reżyser zapoznał się z Tintinem po tym, jak ktoś porównał w recenzji jego twórczość do albumów Hergégo. Spielberg sprawdził, o czym mowa, zakochał się w komiksach Belga i jeszcze w latach 80. obiecał mu, że podejmie się zekranizowania jego prac. Nabył prawa, ale niestety nie udało mu się wtedy doprowadzić projektu do finału, a licencja w końcu wymknęła mu się z rąk. Odkupił ją jednak i dopiął swego w 2011 roku, tworząc udany film, będący zarówno hołdem dla Hergégo, jak i dla minionej już ery kina nowej przygody.

Krzysztof Ryszard Wojciechowski, twórca bloga „Rękopis znaleziony w Arkham”. Publicysta mocno związany z kontrkulturą. Jego teksty można przeczytać na łamach „Kolorowych Zeszytów”, portalu Dwutygodnik.com, ArtPapier, „Ryms”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj