Kowboj prawdę ci powie

0
600

Jest we mnie ciągle mały chłopiec, który pamięta pierwsze wejście w magiczny świat dziecięcej wyobraźni. Mam nadzieję, że nigdy go nie zapomnę – z Brandonem Mullem, autorem bestsellerowego cyklu „Baśniobór” i „Pozaświatowcy” rozmawia Krystyna Romanowska

Jak się czujesz jako kreator kilku magicznych światów? To w zasadzie bardzo ciężka praca….

Mówisz o budowaniu zasad i kreowaniu ról, hierarchii rządzących w danym uniwersum? Tak, to nie jest proste. To najbardziej wymagająca, ale jednocześnie dająca najwięcej satysfakcji część mojej pracy. Jeżeli buduję jakiś świat nie mogę go oprzeć na nonsensie, tylko na sensie. A jednocześnie postacie muszą spełniać zupełnie inne role niż te obowiązujące w naszym świecie. Muszę też założyć sobie, że magia, jaką dysponują dane postacie ma swoje granice. Wszystko też musi działać i mieć sens, bo tylko wtedy czytelnik uwierzy w ten świat i stworzone przeze mnie postacie. Wymaga to naprawdę sporej dozy wyobraźni, kombinowania i zadawania sobie pytań” „Czy gdyby magia rzeczywiście istniała, czy takie postacie mogłyby żyć?” W „Baśnioborze” korzystam ze stworzonych wcześniej w literaturze czy sztuce postaci, takich jak centaury czy nimfy. Seria „Pozaświatowcy” to rzeczywiście opowieść o kompletnie innym odrębnym świecie, w którym żyją plemiona i rasy stworzone wyłącznie „na użytek” tego wszechświata.

Czyli emocjonalnie jesteś bardziej zaprzyjaźniony z „Pozaświatowcami”?

Nie do końca. „Baśniobór” i jego kontynuacja „Nocna straż” był moim pierwszym powieściowym cyklem i mam do niego ogromny sentyment. Fakt, że cieszy się dużą popularnością, jest dowodem na to, że „niestworzone” przeze mnie fantastyczne postacie dobrze odnalazły się w wykreowanym przeze mnie nowym świecie i zyskały uznanie czytelników.

Musisz wrzucić do tego świata trochę naszych słowiańskim duchów. Mamy ich sporo i naprawdę w niczym nie ustępują tym na kartach twoich powieści.

Absolutnie muszę się z nimi zapoznać, bo ciągle poszukuję nowych charakterów, które mógłbym włożyć do moich opowieści. Ostatnio, kiedy byłem w Północnej Karolinie, dotarłem do miejsca, w którym się przewijały opowieści o ostatnich czarnych piratach. Jeden z mieszkańców opowiedział mi historię o Szarym Mężczyźnie, który pojawiał się na brzegu tuż przed burzą. Włożyłem go do piątej części „Baśnioboru”. Nie ze wszystkimi opowieściami tak robię, ale są takie, które szczególnie zapadają w pamięć.

Jesteś ciągle małym chłopcem, gdzieś w środku?

Na wiele sposobów tak. Mam bardzo dziwną pracę: chłopięca część mojej duszy buja w obłokach i wchodzi przez tysiące nieznanych drzwi, a ta dorosła – musi się trzymać terminów, spraw marketingowych i biznesu. Mój wydawca chce mieć książkę na czas…

…. i mówi: „Brandon, nie jesteś już małym chłopcem, musisz wiedzieć, kiedy jest ostateczny termin”….

A bez tego małego chłopca książka by nie powstała. Więc, chcąc lub nie chcąc, muszę być oboma naraz.

A jaki on jest ten mały chłopiec?

Szczęśliwy, pełen cudów, spełniony, żyje we wszystkich miejscach, jakie wykreowałem w moich książkach. Opisałem w nich przygody, które chciałem, żeby mi się wydarzyły albo które mnie rzeczywiście spotkały. Pamiętam moje pierwsze wejście do magicznego świata, kiedy byłem dziesięciolatkiem  – to był cykl „Opowieści z Narni”. Mogę właściwie powiedzieć, że ten cykl zrobił ze mnie prawdziwego czytelnika. Wcześniej nie sięgałem chętnie po książki – ba, w ogóle nie czytałem. Natomiast opowieści ze świata za drzwiami starej szafy kompletnie mną owładnęły.

I teraz wszyscy porównują cię z C.S Lewis. Nie masz czasem tego dosyć?

Raczej mi to schlebia. Podobnie jak porównanie z JK Rowling, nie mam nic przeciwko temu. Ponieważ jestem wielkim fanem obu tych cyklów.

Cykl o „Baśnioborze” jest o tyle szczególny, że na końcu książki stawiasz ważne pytania, przede wszystkim dotyczące wartości i życiowych wyborów: lojalności, przyjaźni, miłości, prawdy, dobra. To był twój pomysł, żeby w ten sposób zmusić czytelnika do refleksji?

Wydawca zaproponował, żeby – pomimo tego, że książka ma charakter fantasy – ma jednak uniwersalne przesłanie – napisanie kilku pytań. I zrobiłem to, wyobrażając sobie, że rodzina siada i wspólnie czyta tę książkę, po czym zadaje pytania po lekturze. Ten cykl opowiada dużo o odwadze, męstwie, o wyborach i ich konsekwencjach, o wspólnocie. I o tym, co jest także bardzo ważne: o wyobraźni – jeżeli wkroczy na nowe nieznane tory, nigdy już nie wróci do stanu pierwotnego, o tym, że warto ją rozwijać, warto marzyć. Ale wcale nie namawiam do czytania „Baśnioboru”, dlatego, że opowiada o wartościach – jest on po prostu także świetną rozrywką bez większego naddanego mu sensu.

Masz czwórkę dzieci. Spełniają rolę Twoich konsultantów?

Zwykle nie rozmawiam z nimi w kwestii pomysłów, raczej wsłuchuję się w ich reakcje wobec książki, słucham ich pytań, które czasem naprowadzają mnie na ciąg dalszy powieści. Mimo, że mają smartfony, na szczęście czytają moje książki – chociaż nie zmuszam ich do tego. Czy smartfony zabijają wyobraźnię? Mogą. Ale nie uważam, że technologia jest zła – pod warunkiem, że jest składnikiem szerszego obrazu rzeczywistości, a nie jedynym oknem na to, co się dzieje wokół. Jeżeli dziecko buduje historię w swojej wyobraźni, jest to wspaniała przygoda. Kiedy zobaczy ją na ekranie – to też jest to ciekawe przeżycie, ale innego rodzaju – bo ktoś ją za dziecko wymyślił. Chodzi o to, żeby zachować równowagę między tymi dwoma rodzajami doznań.

Wiele jest historii niechcianych autorów odrzucanych książek, którzy potem odnieśli wielki sukces. Czy kiedykolwiek myślałeś, że staniesz się jednym z nich?

Kiedy wydano moją pierwszą książkę i nagle stała się bestsellerem, odetchnąłem z ulgą i niedowierzaniem. Bardzo się cieszę, że została tak ciepło przyjęta w Polsce – myślę, że jest w tym ogromna zasługa polskiego tłumacza Rafała Lisowskiego. Jestem bardzo zadowolony z tłumaczenia tytułu „Baśniobór”, w dosłownym bowiem brzmieniu tytuł to „Baśnio-przystań”.

Jak myślisz, co tak naprawdę spowodowało, że osiągnąłeś sukces?

Kluczem jest chyba wpuszczenie w prawdziwe życie ogromnej dozy wyobraźni. Trzeba zrobić tak, żeby te wszystkie najbardziej fantastyczne postacie, które wymyślisz stały się tak realistyczne, jak tylko możesz je sobie wyobrazić. Wpuścić je do w „realne” życie i zobaczyć, jak sobie radzą.

Jak Novel i Doren, moi ulubieni satyrowie z „Baśnioboru”.

Lubię kreować humorystyczne postacie, kiedyś pisałem scenariusze do naszych studenckich komedii.

Nie chciałbyś, wzorem JK Rowling, napisać coś dla dorosłych?

Zdziwiłabyś się, ilu dorosłych czyta moje książki. Widzę to na spotkaniach autorskich, kiedy rozdaję autografy. Przychodzą także bez dzieci. Był jeden kluczowy moment w moim życiu, kiedy po wydaniu „Baśnioboru” zorganizowano mi spotkanie autorskie w stanie Utah. Bardzo się bałem, że nikt nie przyjdzie – musisz wiedzieć, że jest to największy autorski koszmar. I wtedy zobaczyłem, że do mojego stolika podchodzi chwiejącym się krokiem stary kowboj. Byłem przekonany, że zapyta mnie o drogę do toalety. A on wyciągnął egzemplarz „Baśnioboru” i spytał mnie tonem, jaki znamy z filmu o kowbojach: „Czy podpiszesz mi książkę?” I wtedy wiedziałem, że przede mną wielka kariera.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj