5 pytań do… czyli goście Rabka Festival 2020 mówią o książkach (9) – Roksana Jędrzejewska-Wróbel

0
350

Pani Roksana właśnie zakończyła udział w nagraniu festiwalowego podcastu „Co wiedzą wiedźmy? Czego pragną wilki?”, ale kilkudziesięciominutowy wykład nie pozbawił jej chęci do dalszych wypowiedzi. I choć prowadzące do nich pytania wybierane są niezmiennie losowo, to a posteriori wyłania się z nich pewna konsekwencja. Proszę zresztą sprawdzić.

Przewodnik: Włóczykij czy Tomek Wilmowski?

Do 40-stki zdecydowanie Tomek Wilmowski. Kiedyś moje podróże wyglądały trochę jak inwentaryzacja – miałam pod pachą przewodnik, na mapie punkt A i B, pomiędzy nimi marszruta. Docierałam do punktu B, odkreślałam – jest, Wieża Eiffela, zgadza się, stoi dokładnie w tym miejscu, zaliczone, następne. Tu byłam! Oczywiście zawsze zdawałam sobie sprawę, że najciekawsze rzeczy dzieją się po drodze, więc zmierzając do punktu B ciągnęły mnie te wszystkie zaułki, zakamarki, bramy, których nie było w przewodniku. Ale poświęcałam im taką niedbałą uwagę, bo punkt B żądał, żeby go odhaczyć. Może właśnie dlatego napisałam „Praktycznego Pana”? Żeby trochę obśmiać tę swoją, nawet na wakacjach, nieznośnie przywiązaną do planu panią. Chyba się udało, bo teraz już króluje Włóczykij (wybór ostatecznie potwierdzony śmiechem, Ł.Ł.). Daję sobie prawo do własnych odkryć, coraz bardziej doceniam szwendanie, włóczenie się, porzucanie przewodników i zewnętrznej logiki, pójście za intuicją. Mam w końcu zgodę, że punkt B może się w ogóle nie wydarzyć, a czasem wcale go nie ma i zdarza mi się podróżować tak, że zupełnie nie wiem, gdzie jestem, co jest dla mnie, mapoholiczki, zupełnie niebywałe. Bywałam tak wpatrzona w mapę, że dopiero osoby, które były ze mną, mówiły: „Słuchaj, to jest tu, podnieś głowę, jesteśmy!”, bo ja wyznaczałam już kolejną marszrutę. W tej chwili odłożyłam mapy na bok i jestem z tego dumna. Aspiruję do bycia prawdziwym Włóczykijem. Ale się rozgadałam, fajne pytanie (a to, jak się Państwo przekonają, dopiero początek, Ł.Ł.)!

Przy ognisku: Szeherezada czy Münchhausen?

Hmm… Münchhausena nigdy nie lubiłam, nie mam do niego żadnego sentymentu ani zaufania, wręcz przeciwnie – irytował mnie i drażnił, uważałam go wręcz za głupka. Może się komuś tym narażę, ale trudno. Szeherezada to co innego, to snucie opowieści, wejście w sferę, mityczną, archetypiczną, łączenie światów i przeżywanie emocji. Bardzo potrzebujemy opowieści, mają one niezwykłą uzdrawiająca moc. Mam nawet tutaj na dowód nawet odpowiednią pomoc naukową. To „Biegnąca z wilkami” Pinkoli Estés, sczytana przeze mnie do imentu (faktycznie, wolumin prezentuje się jak najtwardszy uczestnik szkoły przetrwania aktywnej lektury, Ł.Ł.), pozwoliłam sobie nawet w niej mazać. Pinkola Estés przez 25 lat zbierała baśnie z różnych części świata, szukając ich wspólnego korzenia, połączenia z podświadomością zbiorową. Ja czytałam ją 5 lat, odkrywając te wspólne nam wszystkim opowieści w sobie. Pomógł mi w tym Krąg Kobiet Aniji Miłuńskiej, do którego należałam kilka lat i w którym pracowałyśmy z baśniami na bardzo głębokim poziomie, co bardzo zmieniło moje życie, podobnie jak wszystkich 13 kobiet, które były tam ze mną. Dlatego bardzo wierzę w siłę opowieści, bo podróżując z jej bohaterem, spotykamy tak naprawdę samych siebie. Baśnie to przestrzeń, w którą wchodzimy, żeby się dowiedzieć, co jest dla nas ważne. Kiedy już wiemy, że kimś nie chcemy być, ale jeszcze nie wiemy, kim chcemy się stać. Jesteśmy pomiędzy, w zagubieniu i baśń mówi nam, że to jest dobre, że nie ma się czego bać, że czasem dobrze jest się zgubić, bo przecież tylko wtedy można się odnaleźć. Przekonałam się na własnej skórze, dlatego wybieram Szeherezadę.

Podróż: za jeden uśmiech czy do wnętrza ziemi?

A jak odpowiem, że za jeden uśmiech, to będzie takie niepoważne, prawda? (w tym momencie to może nie podróż za jeden uśmiech, ale odpowiedź za jeden, za to długi, śmiech Pani Roksany, Ł.Ł.) A jednak za jeden uśmiech. Myślę, że z wiekiem bardzo doceniam lekkość, humor, zabawę i przygodę. Podróż do wnętrza ziemi to wielki wysiłek, drążenie. A ja już się wystarczająco nadrążyłam, mam dość bycia kretem, potrzebuję światła i powietrza. Za autostopem co prawda nie przepadam, ale za życiem w drodze już tak. Chciałabym zamieszkać w kamperze i być w nieustającej podróży. To moje marzenie, które, mam nadzieję, uda mi się choć na trochę zrealizować. Minimalizm, droga i przygoda. I uśmiech!

Przejażdżka wierzchem: pegaz czy Fuchur?

Fuchur? Ale kto to jest Fuchur? Aaaaa (na pewno znacie Państwo ten typ eksklamacji wtórującej olśnieniu oczywistością, do jakiej zaliczyć trzeba identyfikację smoka z „Niekończącej się historii”, Ł.Ł.)! No to Fuchur, oczywiście, że Fuchur. Pegaz w ogóle mnie nie zachęca, jakiś taki twardy, nieprzystępny i kamienny… Latanie na nim nie wydaje mi się atrakcyjne. A ten Fuchur był urzekająco słodki, trochę jak te wielkie psy z dredami, które im podskakują podczas biegania.

Czas: w 80 dni dookoła świata czy 2 lata wakacji?

2 lata wakacji? Znowu nie wiem, co to jest. Wygląda na to, że jestem niedouczona (uspokajam, że nie żywię ambicji egzaminatora i objaśniam pokrótce fabułę powieści Verne’a, Ł.Ł.)? Natomiast na pewno nie „80 dni dookoła świata”. Tam chodziło o zakład, wyścig, to generowało dużo napięcia, więc mowy nie ma, nie lubię rywalizacji. W tej sytuacji wybieram 2 lata wakacji, bo wtedy możemy w coś wejść naprawdę. Możemy się umościć w tych wakacjach, które przez swoją długość przestają być wakacjami i stają się prawdziwym życiem. Bardzo przyjemna sytuacja. Myślę, że najbardziej tęsknię za wakacjami, kiedy obowiązki mnie formatują i już nie wiem, kim jestem. Ale z drugiej strony nie można być przecież ciągle na wakacjach, to byłoby nudne strasznie. Dla mnie celem życia jest szukanie harmonii i równowagi między pracą a nie-pracą, a prawdziwe szczęście to chwile, kiedy czuję, że po prostu żyję miękko, nie szarpiąc się i nie dzieląc życia jak buchalter na odcinki: praca – dom – czas wolny. Więc te 2 lata wakacji jako preludium do harmonijnego życia, to owszem, bardzo chętnie.

Wybory, przed jakimi gotowe są postawić rozmówczynię pozostałe pytania, dokonują się już off the record, przy udziale nie tylko ciekawej dalszych alternatyw Pani Roksany, ale i jej córek, udzielających odpowiedzi w zgodzie z własnymi przekonaniami i próbujących określić (nie zawsze trafnie) opcje, za którymi w planowym wymiarze opowiedziała się mama. Ale to doświadczenie pozwalam sobie zachować jako wyłączną premię uznaniową dla mojej pracy (Ł.Ł.).

oprac. Łukasz Łęcki

fot. Grzegorz Hryniszak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj