Tomek Korycik, Prawo do łobuzerki, [w:] "Ryms" nr 7, jesień 2009, str. 10-11
Nieczęsto pewnie zdarza nam się myśleć o pchanej nieubłaganą strzałką czasu przemianie. Nasze bezpośrednie otoczenie zmienia się płynnie. I tak jak rodzic nie zauważa codziennego rozwoju pociechy, aż nie natknie się na wycięty przed laty na framudze drzwi karb wzrostu, tak wielu ludzi pasywnie adaptuje się do ewoluujących reguł gry, mnożonych centrów handlowych i rosnącego tempa życia, by ze zdumieniem dać się czasem przyłapać tęsknocie za przeszłością po spotkaniu starego kumpla albo wylądowaniu nad stawem, który miało się za ocean.
Technokratyzacja postępuje.
Wysoce wyspecjalizowane społeczeństwa nie pozostawiają miejsca na swobodę, na spontaniczną samoorganizację. Urbanizacja kanalizuje przestrzennie, psychicznie i estetycznie, sprowadzając dostępne dla dzieciaków obszary do niewielkich, nad-chronionych , specjalnie zaprojektowanych rezerwatów. W wielu współczesnych miastach rodziców straszy się poważnymi konsekwencjami za pozostawienie malca „bez opieki” na dziedzińcu. Jeśli dziedzińca nie zastąpił jeszcze betonowy parking.
A niedawno zgoła można było swobodnie zastanawiać się nad losem Psa, który jeździł koleją, bo zwierzaki takowe faktycznie istniały. Dziś to taka sama fantastyka jak przygody Harry’ego Pottera.
Okres beztroskiego dziecięctwa jest bezustannie skracany. Zinstytucjonalizowana edukacja zastępuje naukę życia na podwórku albo w pobliskim lesie; parki pożerane są przez rozrastające się miasta, nieużytki i podmiejskie laski zastępowane przez megacentra handlowe. Elektroniczne gadżety zupełnie już wyparły własnej produkcji proce, łuki, lufki, kadzidła, wędki. Internetowy czat zastąpił braterstwo krwi jak to łączące Winnetou z Shatterhandem. O jeździe na podeszwach po śniegu za samochodem, budowie „domów” na drzewach albo uczącej chemii redox drobnej pirotechnice (za większą można było dostać od ojca zdrowy łomot – kolejny przeżytek) nie ma już nawet co mówić.
I nie idzie o zwykłą, naturalną przemijalność starego świata. Zmiana jest płynna i głęboka.
Nikogo już chyba nie obchodzi, jaką zmazą Marka Twaina było niedodanie, że Huck Finn łowiąc półkilogramowe liny, absolutnie musiał zahartować w ogniu robione na miejscu ze szpilek haczyki, bo w przeciwnym razie szpilki się rozginały, nawet kiedy trafiła się dwustugramowa płotka. Tenże Twain napisał, że upolowanych gołębi nie trzeba skubać z piór ani patroszyć. Rzekomo wystarczy ptaka naciąć, oblepić szczelnie gliną i piec w ognisku.Coraz trudniej w postnowoczesnym świecie sprawdzić, że to kompletna nieprawda. Mięso potwornie śmierdzi spalonymi piórami, treści jelit oblepiają wszystko, a wiara w rzetelną literaturę tonie w pobliskim stawku.
Tylko ta dziewczynka z sąsiedztwa tak podobna do Becky Thatcher…
Znika Ziemia Niczyja. Dziewicze Nieznane, dające się w trakcie wyprawy – o której, jak nam się zdaje, nic nie wiedzą rodzice – odkryć i wziąć w posiadanie. Miejsce, gdzie można postawić dyskretny szałas i bronić kumplowsko tajemnicy przed konkurentami i dorosłymi, którzy miewają świętokradcze, wielkoskalowe i niszczycielskie pomysły.
Nasze pociechy „muszą”być coraz to bardziej konkurencyjne na przyszłych rynkach pracy i płacą za to amputacją części fantazji i dzieciństwa.
Kilka lat temu z przerażeniem dowiedziałem się, że żyjący w Tokio znajomi zostawiają pięcioletniego syna w szkoło-przedszkolu na dwie doby i trzy razy po dziesięć godzin w tygodniu i że wielu japońskich rodziców zostawia tam dzieci na całe pięć dni. Znajomi byli zdumieni moim niedowierzaniem. Tłumaczyli, że w końcu powierzają dziecko specjalistom, dzięki czemu jego czas jest optymalnie wykorzystywany na naukę i gry edukacyjne, a przecież prawie wszystkie weekendy spędzają razem. Jeżeli w sobotę udają się wspólnie do centrów handlowych, a w niedzielę odpoczywają w domu, to ten młody człowiek nie był jeszcze pewnie na świeżym powietrzu poza zurbanizowaną przestrzenią. Ku naiwnej uciesze rodziców prawdopodobnie nigdy się nie oparzył, nie rozbił kolana, nie ubabrał w błocie. I nie próbował być ani Piratem, ani Piotrusiem Panem.
Opowiadana bądź czytana dziecku historia niewątpliwie musi być przygodą. Ale powinna też podawać w wątpliwość normy świata dorosłych, pobudzać działanie tego cudownego mechanizmu pozwalającego późniejszej młodzieży na bunt, który w kilku istotnych przypadkach zakwitnie dojrzałą postawą w wieku dorosłym – dystansem do narzuconych, nieprawdziwych autorytetów, aksjomatycznych prawd, a przede wszystkim do samego siebie. Kto wie, czy to nie genialna krnąbrność Pippi Langstrump i jej stawianie wszystkiego do góry nogami nie przygotowały pojęciowego gruntu pod wydarzenia z Maja’68 i powstanie późniejszych ruchów demokratycznych. Tak czy owak nie przypadkiem postać rudego piegusa weszła na stałe do ikonografii dojrzałej kontestacji.
Astrid Lindgren obaliła zresztą więcej mitów kulturowych rzutowanych na świat dzieci, a Pippi nie jest jej jedynym dziewczyńskim łobuzem. Zachwycająca historia Ronii, córki zbójnika, pełna jest zderzeń płaskiego, stereotypowego pojmowania rzeczy przez dorosłych i dosłownego, świeżego, rozbrajająco prawdziwego pojmowania tych samych rzeczy przez młodego człowieka. Pewnego dnia ojciec Mattis wychodząc do pracy, przykazuje Ronii, aby absolutnie uważała na skaliste urwisko nad rzeką. Ronja ochoczo na to przystaje. Kiedy ojciec wraca, widzi, jak córka podśpiewując, skacze z jednej półki skalnej na drugą i kolejne. Przerażony, łapie córkę i robi jej gorzki wyrzut, że nie wzięła sobie do serca jego uwag i bawi się na krawędzi niebezpiecznego urwiska, na które miała uważać. W odpowiedzi słyszy od zdziwionej jego gwałtowną reakcją Ronii, że właśnie wykonuje polecenie ojca, bo nie sposób uważać na urwisko, kiedy jest się z dala od niego. Cała książka emanuje, nie tak rzadką i w rzeczywistym świecie, dojrzałością sądów rodzących się w małych głowach.
Łobuz, tak duży, jak i mały, to osoba szlachetna niezależnie od kraju, wieku i okoliczności. Wrodzoną etyką posługuje się i mały Oliver Twist w Londynie, i Nemeczek w Budapeszcie, i dorosły Robin w Sherwood. Robinsonada, poszukiwania skarbów, wędrówka – otwierają okno na światy i doświadczenia niedostępne dla śmiertelników z oczami wlepionymi w ekran nintendo, a przygoda zmusza do ocen i wyborów o niebo subtelniejszych niż ruch dżojstikiem w lewo lub w prawo.
Książka może być zatem dla młodego człowieka żywym uzupełnieniem naturalnego pędu do poznawania świata, odkrywczej awantury, inspiracją i tajną bazą sztuk i wybiegów. Naturalnym przemytnikiem tych wartości, których tak bardzo dziś brakuje: braterstwa, przyjaźni, wierności, pragnienia opieki nad słabszymi, miłości do przyrody, swobody sądów, niezależności myślenia, odwagi, a także, wbrew powszechnej opinii, rozwagi i roztropności.
Nie zapominajmy w końcu, że obecny porządek społeczny zawdzięczamy ludziom, których pisma i idee brane były przez im współczesnych za literaturę awanturniczą i dziecinne mrzonki.
Wśród cech, dzięki którym nie jesteśmy jeszcze dającymi się zupełnie zaprogramować i kontrolować maszynami, są zdolność do oceny i odmowy, do twórczego (sprawczego) poszukiwania lepszych rozwiązań, oraz wieczna tęsknota za wolnością. Łatwo się o tym zapomina w czasach względnego pokoju i dobrobytu. W świecie, w którym wrogowie są „definiowani przez abstrakcyjne ośrodki władzy i utrzymywani z dala dzięki armiom hi-tech” i niemal każdym aspektem naszej codzienności zajmują się specjaliści. W świecie, gdzie więzi społeczne zastępowane są przez technologie, a czas przeznaczony na spotkania z Człowiekiem i Naturą zabiera obsługa elektronicznych nowinek i uczestnictwo w sieciowych czatach.
Między bajki włożyć należy mit, że łobuz nie czyta.
Ten dziś mały urwis czytelnik jutro może nas wyrwać, z pędu, obłędu, w którym, jeśli nic temu nie zapobiegnie – wpogoni za coraz to większą kontrolą, posiadaniem, organizacją, zapominając o samodzielności myślenia i podstawowej wartości związków naturo-ludzkich – „zbudujemy wokół siebie naszą własną klatkę”.
I nie zapominajmy, że skarby piratów naprawdę istnieją!
« wróć na stronę listy artykułów