Ostatnio dodane

Bolonia otwarta na ilustratorów

Piątek, 3 lutego 2012

Wszystkie koty są szare

Środa, 1 lutego 2012

Moje miejsce jest tutaj...

Piątek, 20 stycznia 2012

Miewam bardzo dziwne sny

Czwartek, 12 stycznia 2012

Dwa księżyce, w tym jeden czerwony

Czwartek, 5 stycznia 2012

 

Ostatnio komentowane

Bolonia otwarta na ilustratorów

Piątek, 3 lutego 2012

Perły w sieci, czyli co można wyłowić, buszując po internecie

Piątek, 9 października 2009

Komiksy, pistolety, Dustin Hoffman tu i tam...

Środa, 7 grudnia 2011

Zaczarowane winyle

Wtorek, 29 listopada 2011

Czy to koniec strofującej dzieci Mary Poppins?

Środa, 14 września 2011

Walka płci na wesoło (o rysunkach Mirosława Pokory)

Wtorek, 1 grudnia 2009

Jacek Friedrich, Walka płci na wesoło (o rysunkach Mirosława Pokory), [w:] „Ryms” nr 6, lato 2009, s. 16-18

 

Mirosław Pokora to bez wątpienia jeden z najzabawniejszych ilustratorów polskich. Przez pół wieku swej aktywności (debiutował w połowie lat pięćdziesiątych XX w., zmarł w 2006 roku) zaprojektował około setki książek, nie tylko dla dzieci. Zdarzyło mu się kilka razy stworzyć ilustracje całkiem na serio, w których z daleko posuniętym realizmem przedstawiał świat dzikich zwierząt – to jednak margines jego twórczości. O wiele częściej prezentował publiczności swój specyficzny, bardzo łatwo rozpoznawalny styl, w którym kluczową rolę odgrywa pewna kreska (po środki malarskie sięgał rzadziej), kształtująca karykaturalnie, ale zawsze z sympatią, potraktowane postaci kobiet, mężczyzn, dzieci, zwierząt. To główne motywy jego prac. Przedmioty, budynki, pejzaże odgrywają w nich rolę drugorzędną. Nie znaczy to jednak, że Pokora traktuje te motywy lekceważąco – jeśli już wprowadza je na karty swych książek, to i one zyskują atrakcyjną formę. Rysem szczególnym jest przy tym z upodobaniem stosowany przez grafika zabieg sprowadzania najprzeróżniejszych zjawisk widzialnego (a czasem i niewidzialnego) świata – takich jak morskie fale, obłoki, unoszący się w powietrzu upiór, dźwięki wydobywane z trąbki, skrzypiec czy kontrabasu, krzyk niemowlęcia, woń zupy, dym pożaru i dym z fajki, albo dym z rewolweru, pierwszy śnieg, końskie grzywy, wymyślne koafiury pań, pióra u kapelusza, koronki, wzory na sukni czy dywanie, rama obrazu, cukrowa wata, a nawet chłodnica samochodowa – do abstrakcyjnej pianki przenikających się i wyrastających z siebie nawzajem ślimacznic, spiralnie układających się kropek, pręcików, rzęsek i kędziorków. Nadzwyczajne jest to, że w zestawieniu z postaciami te czysto formalne fajerwerki stają się nieraz nieodparcie śmieszne. Przede wszystkim śmieszne są jednak same postaci...

Niedawno rozmawiałem ze znajomą dziennikarką na temat starych polskich książek dla dzieci. Zaczęliśmy sobie przypominać tytuły i nazwiska autorów, zwłaszcza ilustratorów. Gdy przywołałem nazwisko Pokory, znajoma od razu się zaśmiała i powiedziała: „Ach tak, to te śmieszne pańcie ze szpiczastymi nóżkami-kopytkami”. Tak, wizja kobiety jest u Pokory rzeczywiście bardzo charakterystyczna: obfite biodra, wydatne dekolty, obłędne fryzury, usta-serduszka i najważniejsze – właśnie te szpiczasto zakończone nóżki z ledwie zaznaczonymi kreseczkami obcasów. Kobiety Pokory są zazwyczaj bardzo sexy, można by rzec sexy do rozpuku. Kobiecość jest bowiem przez rysownika nie tyle podkreślana, co wyolbrzymiana (czasami najdosłowniej – te ogromne biusty, biodra, koafiury), co powoduje, że staje się bardzo śmieszna. Równocześnie jednak wciąż jest pociągająca (np. Włodzimierz Boruński, Co mi zostanie z tych lat, Iskry, Warszawa 1972).

Ciekawe przy tym, że Pokora nie przydaje tych cech jedynie kobietom młodym. Podobnie traktuje i panie dojrzałe, ale nie przejrzałe – zaryzykowałbym bowiem stwierdzenie, że ten zalew kobiecości dotyczy osobników płci żeńskiej w fazie seksualnej aktywności. Znamienne, że zupełnie inaczej traktuje artysta małe dziewczynki. Są one niezgrabne, gapowate, przypominają może trochę lalki z gałganków (np. Thornbjörn Egner, Rozbójnicy z Kardamonu, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1973). Jeszcze inaczej spogląda artysta na starsze panie – te zyskują nobliwość dzięki czarnym, zapiętym pod szyję sukniom i staroświeckim trzewikom, nie są jednak całkiem odarte z atrybutów kobiecości, takich jak róż na policzkach czy charakterystyczne serduszka ust (np. Mira Lobe Babcia na jabłoni, Nasza Księgarnia, Warszawa 1968,).

Tak ukształtowane postaci są oczywiście bardzo silnie wpisane w stereotyp kobiecości, stereotyp, który może wydawać się dość jednostronny. Pamiętajmy jednak, że stereotypowość postaci i sytuacji jest jednym ze źródeł humoru – Mirosław Pokora ma tego głęboką świadomość i bezwzględnie, choć z przymrużeniem oka, owymi stereotypami igra.

Stereotypowe są również relacje między płciami. Stereotypowe, ale godne uwagi. Rysownik bowiem spośród licznych stereotypów dotyczących owych relacji ze szczególnym upodobaniem eksploruje jeden, ten, który można by (może trochę na wyrost) nazwać walką płci. Oczywiście, jak to u Pokory bywa, walka ta pokazana jest na wesoło, ale jeśli się nad tym poważniej zastanowić, to trzeba zadać pytanie: komu jest do śmiechu? Zaskakująco często mamy bowiem do czynienia ze scenami, w których silna, dominująca (także, jak można się często domyślać, seksualnie) kobieta ma do czynienia z nieporadnym, zagubionym i cherlawym mężczyzną, nieraz wręcz pantoflarzem, poddającym się mniej lub bardziej ochoczo jej władzy. Ciekawe przy tym, że ten wątek pojawia się nie tylko w książkach dla dorosłych (często o charakterze poradnikowym), których Pokora ilustrował wiele, ale także w książkach dla dzieci i młodzieży – tam, rzecz jasna, w złagodzonej postaci.

Jaki motyw otwiera poradnik małżeński autorstwa Mikołaja Kozakiewicza? (Małżeństwo niemal doskonałe, wyd. Iskry, Warszawa 1968) Oczywiście para nowożeńców. Równie oczywisty na początku tego rodzaju książki jest widok współmałżonka przenoszonego przez próg – tyle że w interpretacji Mirosława Pokory to panna młoda dźwiga pana młodego! Jasne, że odwrócenie ustanowionego porządku jest jednym z najważniejszych zabiegów każdego humorysty, jednak w tym wypadku mamy chyba do czynienia z czymś więcej. Wystarczy spojrzeć na potężną, zadowoloną z siebie kobietę i na przelewającego się przez jej ramiona wątłego i dość przestraszonego mężczyznę. Podobny wątek powraca w jednej z ilustracji do znanego zwłaszcza z późniejszej wersji filmowej „Lemoniadowego Joe” (Jiří Brdečka, Joe strzela pierwszy, Iskry, Warszawa 1959). Wygląda mi to na przejaw jakiegoś rozleglejszego poglądu na temat walki płci. Owszem – zarówno wprowadzający, jak i kilka dalszych rysunków z poradnika Kozakiewicza, odnosi się z pewnością do rozpowszechnionego i dziś stereotypu usidlenia mężczyzny przez „polującą” na męża kobietę – stąd takie zadowolenie na twarzach niewieścich i taki przestrach, bądź rezygnacja na męskich – ale przecież ów stereotyp usidlenia jest w pewnej mierze ludowym odpowiednikiem znacznie poważniejszych rozważań, jakie w kulturze europejskiej, w trybie całkiem serio, pojawiały się na przełomie XIX i XX wieku. Weininger, Strindberg, Przybyszewski, Rops, Beardsley i wielu, wielu innych podejmowało wówczas niepokojący wątek walki płci. W interpretacji dekadenckiej moderny tamtej epoki kobieta objawiała się jako zagrożenie dla mężczyzny: już nie tylko jako Ewa-kusicielka, sprowadzająca go na złą drogę, ale i jako Salome, dążąca do jego zagłady. Oczywiście postaci, pod którymi ten, odwieczny jakoby, konflikt usiłowano wówczas przedstawić było mnóstwo. Można się zastanawiać nad przyczynami prawdziwej erupcji tego rodzaju lęków wśród ówczesnych mężczyzn, ale pewnie jedną z ważniejszych była przybierająca na sile samoświadomość i emancypacja kobiet. Mężczyzna zaczynał bać się o swoją, dotąd niezachwianą, pozycję „pana i władcy”, stąd zapewne ów obezwładniający fantazmat femme fatale i towarzysząca mu idea walki płci.

 

U Pokory mamy do czynienia z sytuacją, w której ta walka jest już chyba przez stronę męską przegrana. Inaczej niż jego poprzednicy sprzed stulecia, rysownik chyba się z tą kobiecą dominacją godzi i pewnie to samo powinni uczynić męscy czytelnicy ilustrowanych przezeń książek. To, że kobiety nie są w nich ukazane jako wyzwolone feministki, a raczej jako wampy-przytulanki: urocze, rozerotyzowane i ekstremalnie kobiece, ma chyba tylko osłodzić mężczyznom gorycz ewolucyjnej porażki, pozwalając im na zachowanie przynajmniej resztek przekonania o swojej wyższości – w końcu dla kogo te kobietki tak się stroją i wdzięczą? Ale to już tylko złudzenia...

Przecież przewaga kobiet ujawnia się nie tylko w bezpośredniej konfrontacji z mężczyznami – niewiasty noszące na rękach słabych mężów to nie jedyny przejaw owej fizycznej wręcz dominacji, inny odnajdziemy na rysunku, na którym matka okłada synka, nie córeczkę (Kozakiewicz 1968). Niekiedy nie muszą one podejmować żadnej szczególnej aktywności, wystarczy że są. Spójrzmy jakim samozadowoleniem emanują te kobiety o pełnych kształtach wylegujące się na swych łóżkach albo hamakach (np. Brdečka 1959, Boruński 1972). A gdy wychodzą z domowego zacisza? Dumna postawa, podana naprzód pierś, pewny wzrok, którym lustrują otoczenie (np. Friedrich Feld, Niewidzialna orkiestra, Nasza Księgarnia, Warszawa 1965), a nawet same gabaryty – postaci kobiece na rysunkach Pokory zajmują zwykle, wbrew fizycznemu doświadczeniu czytelnika, znacznie więcej miejsca niż męskie (np. Wanda Chotomska, Jedziemy nad morze. Ze słońcem do Sopotu, z wiatrem do Gdyni, Biuro Wydawnicze „Ruch”, Warszawa 1962) – mówią wszystko.

Teraz popatrzmy zaś na to, w jaki sposób przedstawieni są mężczyźni: cherlawi, nieudolni, poplątani, a czasem wręcz bez gaci... (Brdečka 1959) Jeśli już nawet Pokora narysuje dyrygenta (Władysław Wojciechowski, Upiór filharmonii, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1972) – dyrygent, zdawałoby się, mocny mężczyzna – to też chlipiącego i z batutą smętnie opuszczoną w dół... no, szkoda gadać... To zresztą bardzo znamienne, że o ile niezdarne i niezgrabne dziewczynki Pokory przeistaczają się w wampy, o tyle równie niezdarni i niezgrabni chłopcy pozostają takimi również jako dorośli już mężczyźni (np. Brzechwa, Miejsce dla kpiarza, Iskry, Warszawa 1967).

Można odnieść wrażenie, że jedynym obszarem, na którym dochodzi do spontanicznego pojednania płci jest stół. Wspólna konsumpcja najwyraźniej sprawia przyjemność obu stronom – panie, zapominając na chwilę o swym triumfalnym panowaniu, przynoszą panom tace pełne jadła (np. Egner 1973, Irena Gumowska, Czy wiesz co jesz?, Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1985), a podczas zakrapianego pikniku rozanielenie panuje na obu krańcach kocyka (Boruński 1972). Ta zasada sprawdza się nawet wtedy, gdy partnerem mężczyzny przy kawiarnianym stoliku jest żyrafa.... Jakże kobieca żyrafa... (Stanisław Wygodzki, Odwiedziła mnie żyrafa, Nasza Księgarnia, Warszawa 1967).

Cóż, wspólne jedzenie często stanowi wstęp do innych przyjemności (nie wątpi o tym ten, kto widział nieśmiertelną scenę pożerania kurczaków w „Tomie Jonesie” Tony’ego Richardsona). Należy mieć tylko nadzieję, że i po odejściu od stołu trwać będzie ta krótka chwila zawieszenia broni w odwiecznej walce płci...

P.S.

Uprzedzając krytykę, pragnę z całą stanowczością zaznaczyć, że dokonany przeze mnie przegląd rysunków Mirosława Pokory jest wybiórczy, a ich interpretacja tendencyjna.


Galeria zdjęć:

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • rzecz o tym, jak paw wpadł w staw - Wilkoń - Wolny-Hamkało
  • Lądowanie rinowirusów - przeziębienie. Wojciech Feleszko
  • O małym krecie - Wolf Erlbruch
  • ryms laureatem konkursu papierowy ekran
  • prywatnik
  • Poradniki
  • Ryms na Facebook
  • prywatnik
  • psie życie
  • Cyferki
  • moj dom
  • Książki dla dzieci