Eliza Piotrowska, Mama i tata na miarę. Humor w ilustracjach Anny Laury Cantone, [w:] "Ryms" nr 3, 2008, s. 7-8
Autor z poczuciem humoru to, chwała Bogu, zjawisko nie takie znów rzadkie. Gorzej z ilustratorem...
Dlaczego? Czy przestrzeń tekstu poddaje się łatwiej humorowi niż przestrzeń obrazu? Czy opisowa struktura języka daje większe pole manewru niż symultanicznie objawiające się dzieło? Czy tekst nieuchronnie narzuca ilustratorowi pewne ograniczone widzenie świata? Jakie jest miejsce ilustratora w przestrzeni dzieła? (nie tylko tej artystycznej, ale i ludycznej).
Na czym polega fenomen humoru w odniesieniu do obrazu?
W jaki sposób ilustracja może (i czy w ogóle może) samodzielnie (niezależnie od przekazu tekstowego) zmierzyć się z tym niezwykle ważnym zadaniem, jakim jest wyzwolenie komicznych zasobów, oferowanych przez dzieło? Poczucie humoru to rzecz arcypoważna. Mamy bowiem do czynienia nie tyle z interaktywną zabawą, co z niezbędnym dla kształtowania osobowości dziecka budulcem, który wyposaży je w zdrowy dystans do siebie i świata oraz umiejętność kreatywnego mierzenia się z tym, co trudne i kłopotliwe. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak układ sił między tekstem i ilustracją, to dla dzieci, szczególnie tych młodszych, sprawa jest przesądzona. Obraz stanowi dla nich atrakcyjniejszy środek wyrazu niż tekst. Dziecko, zanim nauczy się mówić, patrzy. Ale istnieje jeszcze inny aspekt osobowości dziecka, poprzedzający mowę. Jest nim ŚMIECH. Dziecko, zanim nauczy się mówić, już potrafi się śmiać!
Jeśli miałabym wskazać ilustratora, który odznacza się nieprzeciętnym poczuciem humoru, wybrałabym Annę Laurę Cantone, młodą, utalentowaną ilustratorkę z Mediolanu. Cantone przechodzi od razu do sedna. Grzeczny uśmiech na twarzy młodego czytelnika to jeszcze za mało. Satysfakcjonuje ją dopiero gromki ŚMIECH, nota bene, dużo bliższy spontanicznym reakcjom dziecka.
„Przed przystąpieniem do jakiejkolwiek pracy zastanawiam się, co mogłoby rozśmieszyć dziecko” – mówi Cantone. Ale zataja jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz – że tworząc, również ona doskonale się bawi.
Kiedy w "Zdradzonych testamentach" Kundera pisze o wrażeniu „rozkosznej beztroski”, jakie zrobił na nim jeden z obrazów Picassa, przedstawiający leżącego mężczyznę z nogami wyciągniętymi ku niebu, wspomina również o uśmiechu, który pojawić się musiał na twarzy malarza w chwili tworzenia. Picasso bowiem dostrzegł w szczęściu człowieka unoszącego nogi ku niebu cudowną szczyptę komizmu i sam się nią ucieszył. Ten sam uśmiech, ta sama beztroska przyjemność tworzenia widoczna jest w pracach Cantone. Nawet kiedy ilustrowany tekst zdaje się być daleki od komizmu, tak jak dzieje się to w przypadku "Jasia i Małgosi" (J. e W. Grimm, "Hansel e Gretel", Edizioni El 2005), książka ma wszystkie cechy dzieła komicznego. Przewrotna ironia, z jaką Cantone odnosi się do tekstu, wyposaża ów tekst w coś niezwykle cennego – nową, wielowarstwową perspektywę. Tekst nie tylko nie traci na wartości poprzez ilustracje, które dystansują się od jego grozy, a wprost przeciwnie – przegląda się w nich jak w krzywym zwierciadle i pokpiwa sam z siebie. Ilustracja ujmuje tekst w ironiczny cudzysłów, podważa jego dosłowność i ustala nowe zasady gry. Anna Laura Cantone nie unika scen drastycznych, takich jak zamknięcie Jasia w klatce i kontrolowanie jego tuszy, czy spalenie Baby-Jagi. Jednak w jej interpretacji owe sceny nabierają zupełnie innych odcieni. Przyjrzyjmy się tej najbardziej drastycznej, w której Małgosia próbuje upchać pokaźnych gabarytów Babę-Jagę w przyciasnym piecu. Zabawna, zezująca dziewczynka o wielkim nosie nie przewidziała jednego – że puszysta Baba-Jaga o szerokich biodrach nie zmieści się do piekarnika! Ale przecież zablokowana w piekarniku wiedźma jest tak samo dobrym rozwiązaniem jak wiedźma spalona (ale o ileż mniej przerażającym!).
Bohaterowie ilustracji Anny Marii Cantone nie są ładni, ale są za to rozczulająco zabawni. Długie, pokaźne nosy, blisko osadzone, zezujące, oczy, usta zaznaczone prostą kreską, ciągnącą się od ucha do ucha, rozwarstwione, rozedrgane, różnokolorowe kontury – wszystko to tworzy styl niepowtarzalny i jednorodny. Urok tych postaci polega właśnie na ich niedoskonałości, na urzekającej brzydocie, która wzbudza czułość i sympatię. Dodatkowym elementem „dezorganizującym” wzorcowe, zrównoważone układy, jest ujmujący chaos kompozycyjny, polegający na łączeniu pozornie wykluczających się wzorzystych faktur, interesujących kadrażach i przewrotnie zachwianych proporcjach. Niedawno na polskim rynku ukazał się przedruk sympatycznej książki Davide Calì, pt. "Tata na miarę", zilustrowanej przez Annę Laurę Cantone (Egmont, 2007). To opowieść o małej dziewczynce i jej mamie, które wspólnie szukają odpowiedniego kandydata na tatę, gdyż prawdziwego taty brak (nie znamy powodów, nie to jest ważne). Obie panie stawiają nowemu tacie wysokie wymagania (musi być silny, wysoki, wysportowany, musi umieć dobrze liczyć), ale koniec końców wybierają tatę zupełnie niepozornego, który ani nie jest wysoki (a nawet dużo niższy od mamy), ani nie umie dobrze liczyć, ale za to zna mnóstwo wierszy i kocha zwierzęta.
Sposób, w jaki Anna Laura Cantone zilustrowała ów pouczający tekst, zasługuje na uwagę. Mama, która dla dziewczynki jest wzorem wszystkich cnót (dlatego zasługuje na idealnego partnera) nie oczarowuje bynajmniej swoją urodą. I podczas kiedy dziewczynka twierdzi, że jej mama jest ładna, bardzo ładna, dużo ładniejsza niż wszystkie mamy (...), my widzimy przezabawne zjawisko o monstrualnych rozmiarach i wyjątkowo szpetnym obliczu. Jednak na obliczu tym, o czym warto pamiętać, maluje się wyraz ogromnego zadowolenia. Potwierdza to również uśmiech, szeroki od ucha do ucha (w sensie jak najbardziej dosłownym). W tej samej książce przedstawione zostały również inne mamy. Wszystkie one reprezentują podobny „kanon piękna”. Jedyne, co odróżnia je od najważniejszej mamy, to brak uśmiechu, który w tym wypadku jest wyrazem nie tylko zadowolenia, ale również przynależności: Ta uśmiechnięta, ta najpiękniejsza, to MOJA mama – wkłada w usta dziewczynki te niewypowiedziane słowa Cantone. Również kandydaci na tatę pozostawiają wiele do życzenia. Wszyscy są niezbyt urodziwi, lecz, to trzeba im przyznać, jednakowo zabawni. Każdy z nich reprezentuje inny wachlarz wad i zalet, jednak nie ma on wpływu na oszpecanie lub upiększanie postaci (jak to bywa w szanujących się bajkach – ten kto jest dobry, musi być piękny, kto niedobry – brzydki). Wybrany tata jest tak samo śmieszny, tak samo niepiękny, jak pozostali kandydaci. Bo przecież tak jak oni ma swoje wady i zalety, jest po prostu ludzki. Najważniejsze bowiem, by dobierać się w pary w ten sposób, aby zarówno zalety jak i wady naszego partnera były TYMI wadami i TYMI zaletami, które NAM odpowiadają – zdaje się dopowiadać tekst Cantone.
Książka "Tata na miarę" przykuwa uwagę już okładką, na której widzimy zabawną, ale jednocześnie zdesperowaną dziewczynkę, wczepioną w czerwony płaszcz taty. Twarzy taty nie widać (wszak dopiero za chwilę rozpoczną się jego poszukiwania, poza tym nie twarz jest tu najważniejsza!). W dziewczynkę wczepiony jest kot o podobnym wyrazie (być może on też szuka swojego rodzica). Owo przytulne nawarstwienie postaci w stylu babci, dziadka i rzepki, zapowiada wzruszająco przezabawną historię, w której to, co idealne ma dużo mniejszą wartość niż to, co odpowiednie dla nas, nam osobiście bliskie. W książce "Chcę mamę-robota" (Davide Calì, "Voglio una mamma-robot", Edizioni Arka, 2007) chłopiec konstruuje mamę robota, bo tej prawdziwej ciągle nie ma w domu. W ten sposób wchodzi w posiadanie mechanicznej mamy zastępczej, która jest zawsze z nim. I tutaj, podobnie jak w "Tacie na miarę" (tego samego autora), Cantone „dopisuje” swoje komentarze do tematu wiecznie nieobecnych, zapracowanych mam. Opowiedziana historia jest tak naprawdę bardzo smutna i wzruszająca. Chłopiec, który stworzył idealną mamę-robota czuje się zawiedziony, bo mama-robot nie jest miękka, nie jest ciepła, nie ma zapachu i nie głaszcze go po głowie. Jednak dzięki zabawnym ilustracjom (oszołamiająco brzydki chłopiec o szerokim uśmiechu i przykrótkich nóżkach, dziwaczny kot o półprzytomnych ślepiach i wreszcie mama-robot utkana z dziecięcych marzeń, ze śrubkami w talii i rodzajem włóczkowej peruki na głowie) smutna historia nabiera nowych barw, pokazuje, że temat, owszem, nie jest łatwy, ale że to jeszcze nie tragedia, że nie zawsze jest tak, jak byśmy sobie życzyli. Nie zawsze mama może być z nami, ale żadna na świecie machina, nawet ta zdalnie sterowana, nie może się równać z prawdziwą mamą. Kiedy zaskoczona mama, pyta: „A to co jest?” Cantone każe nam spuścić wzrok, kadrując scenę na wysokości kolan mamy. Jak bowiem powiedzieć mamie, że ma konkurentkę? Widzimy więc tylko rąbek maminej sukienki i przerażonego kota, wczepionego w jedną z jej łydek. Kot przecież wie o wszystkim...
Zaraz, zaraz, ale o czym? Może on już wie więcej niż my, bo w tym czasie chłopiec zmienił mamę-robota w mechanicznego psa. Przewracamy stronę i już wiemy, że chłopiec strasznie się wstydzi swojego wcześniejszego pomysłu. Skąd to wiemy? Wystarczy na niego spojrzeć!
Dla dobrego ilustratora tekst nigdy nie jest ograniczeniem, gdyż znajdzie w nim zawsze takie przestrzenie, w których, przy uszanowaniu fabuły, objawi całe swoje ja, wzbogacając tekst nowymi komentarzami. A to sprawi, że książka będzie mogła być czytana podwójnie – zarówno w warstwie podstawowej – językowej, jak i dopełniającej ją warstwie obrazowej. Anna Laura Cantone jest tego najlepszym przykładem. Ponadto Cantone uczy nas jeszcze jednej rzeczy – to co niedoskonałe, nieporadne, chaotyczne, nieładne, ale potraktowane z czułą ironią i humorem, może okazać się dużo atrakcyjniejsze niż to, co piękne, harmonijne i bezdusznie doskonałe.
Mój styl to dar wrodzony - z Anną Laurą Cantone rozmawia Eliza Piotrowska
- Jaką rolę w Pani życiu i pracy odgrywa humor?
- Bardzo ważną, żeby nie powiedzieć – zasadniczą. Oprócz tego, że towarzyszy mi na co dzień, jest również podstawą mojej pracy. Ilustrując, sama się bawię i mam to szczęście, że mogę przekazywać ową radość w mojej twórczości.
- Jaki typ humoru jest Pani szczególnie bliski?
- Humor włoski, o uśmiechu szerokim na 32 zęby.
- Czy uważa Pani, że ilustrator powinien czuć się skrępowany tekstem?
- Nie, ponieważ to do mnie należy decyzja, jak ma wyglądać ilustracja. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby moje prace zostały odrzucone. Być może ma to związek z faktem, iż oddaję je zawsze z dużym opóźnienieniem...
- W którym momencie decyduje Pani, że ilustracja jest skończona?
- Kiedy jest wypełniona po brzegi. Lubię gdy moje ilustracje są bogate w szczegóły, i dzieci też to lubią. Tworzę zawsze historię w historii, dodając bohaterów spoza tekstu.
- Czy poczucie humoru dziecka różni się od poczucia humoru dorosłego?
- Z pewnością! Dzieci są szczere i pozbawione uprzedzeń.
- Dzięki niepowtarzalnemu, oryginalnemu stylowi, jest Pani ilustratorką bardzo rozpoznawalną.
- Moja ręka jest niezwykle charakterystyczna, ale styl i technika z latami się zmieniają, lecz, faktycznie, od pierwszej publikacji (1997), aż po ostatnią, trudno pomylić mnie z kimś innym. Nie bez powodu moją ulubioną książką jest ta, którą dopiero zilustruję.
- Pani styl jest owocem długich poszukiwań, czy rezultatem nagłego odkrycia?
- To dar wrodzony, całe szczęście.
« wróć na stronę listy artykułów