Ostatnio dodane

Marzy mi się druga lewa ręka

Wtorek, 7 lutego 2012

Bolonia otwarta na ilustratorów

Piątek, 3 lutego 2012

Wszystkie koty są szare

Środa, 1 lutego 2012

Moje miejsce jest tutaj...

Piątek, 20 stycznia 2012

Miewam bardzo dziwne sny

Czwartek, 12 stycznia 2012

 

Ostatnio komentowane

Bolonia otwarta na ilustratorów

Piątek, 3 lutego 2012

Perły w sieci, czyli co można wyłowić, buszując po internecie

Piątek, 9 października 2009

Komiksy, pistolety, Dustin Hoffman tu i tam...

Środa, 7 grudnia 2011

Zaczarowane winyle

Wtorek, 29 listopada 2011

Czy to koniec strofującej dzieci Mary Poppins?

Środa, 14 września 2011

Fantastyka nastolatki w PRL-u

Środa, 7 kwietnia 2010

Krystyna Romanowska, Fantastyka nastolatki w PRL-u, [w:] "Ryms" nr 8, zima 2009/2010, s. 9.

Polska literatura science fiction, którą jako dzieci i nastolatkowie w latach 80. pochłaniali dzisiejsi trzydziestoparolatkowie, była skrajnie uboga. Była twórczość Peteckiego, był cykl o przygodach Tapatików Tomaszewskiej, były pojedyncze książki Szklarskiego, Wojtyszki i Broszkiewicza, a poza tym o wiele poważniejsze tytuły z importu.

W epoce, w której mglisty zamysł postaci Harry’ego Pottera krążył gdzieś na obrzeżach galaktycznej wyobraźni literackiej, "Wiedźmin" miał powstać za dobrych kilkanaście lat, a zdobycie "Władcy Pierścieni" w wypożyczalni graniczyło z cudem, jako siedmioletnia dziewczynka poszłam pierwszy raz do biblioteki. Z trzech wypożyczonych wtedy książek pamiętam dwie: "Dorota u króla Gnomów" L. Franka Bauma i "Wyprawa Euzebiusza do krainy Słońca" Andrzeja Bieńkowskiego i Łukasza Korolkiewicza. Ani jednej, oczywiście, nie przeczytałam. "Dorota…" była za duża i za gruba, a "Wyprawa Euzebiusza…" miała dziwne ilustracje. Fakt faktem, że jeśli chodzi o "Wyprawę Euzebiusza…", był to mój pierwszy kontakt z literaturą SF. Rok później dostałam wraz z bratem nagrodę za najlepsze czytelnictwo w maleńkim mieście Sejny, a jakoś tak dwa lata później wzięłam się za bary z literaturą SF.

"Nadejdą deszcze" i "Samotna planeta"

Polską, dla dzieci i młodzieży, przerobiłam migiem. Nie było tego zresztą dużo: Alfreda Szklarskiego "Sobowtór Profesora Rawy" (niezły), Macieja Wojtyszki "Synteza" (nieco gorsza), trochę Jerzego Broszkiewicza i bardzo niewiele klasyka Bohdana Peteckiego. Wstyd się przyznać, ale cykl o Tapatikach podzielił los "Wyprawy Euzebiusza…", nigdy do niego nie przysiadłam. Ogromnym objawieniem był natomiast – na pewno za trudny dla mnie wtedy – tomik anglosaskich opowiadań "Rakietowe szlaki", a w nim dwa fenomenalne opowiadania: Raya Bradbury "Nadejdą deszcze" i Murraya Leinstera "Samotna planeta". Do dzisiaj wracam do nich z ogromnym sentymentem i gęsią skórką na przedramionach, bo jeśli chodzi o małe formy, przez te trzydzieści lat nie spotkałam czegoś równie dobrego. Skrzętnie ominęłam całego Julesa Verne’a, zadowalając się filmem o kapitanie Nemo i "W 80 dni dookoła świata". Oko me spoczęło na rosyjskiej SF i znowu poczułam się jak w domu.

Wielki Guslar i "Bajki robotów"

Na początek przekopałam się przez trzy powieści fantastyczne dla młodzieży niezrównanego Kiryła Bułyczowa: "Podróże Alicji", "Było to za sto lat", "Milion przygód", które najbardziej zafascynowały mnie ideą teleportacji. Kiedy skończyłam czytać "Podróże Alicji", przyssałam się do opowiadań z Wielkiego Guslaru: "Rycerze na rozdrożach", "Ludzie jak ludzie" i prawie wszystkich pozostałych. Mam do dzisiaj czarne zeszyciki wydawane przez Iskry – z trzema opowiadaniami Bułyczowa. Fenomen rosyjskiej fantastyki naukowej można porównać jedynie z fenomenem rosyjskich kryminałów, którego obecnie doświadczam. Potem przyszła kolej na Strugackich, a potem… znowu na trochę wróciłam do polskiej SF, przede wszystkim do Janusza A. Zajdla. Wtedy także odkryłam "Bajki robotów" Stanisława Lema z obłędnym kwiecistym stylem, w którym się zgubiłam już po półtorej strony czytania. A potem…

Co mi dało SF?

Potem nadszedł "Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursuli K. Le Guin, a ja przestałam być nawet młodzieżą. I kiedy dzisiaj zastanawiam się nad tym, skąd się wzięła moja fascynacja SF i co mi ona dała, myślę, że po pierwsze pozwoliła mi dłużej czytać baśnie i cieszyć się nimi. Przecież trzynastolatce nie wypadało już czytać "Doroty u króla Gnomów" (bo cały cykl przeczytałam, mimo wpadki podczas pierwszego podejścia), a o zielonych ludkach – wypadało, czemu nie. Po drugie była to bądź co bądź odskocznia od wakacyjnego wystawania w kolejkach albo długich wieczorów stanu wojennego. Co więcej, sama zaczęłam wtedy pisać ni to baśń, ni to opowieść SF, w której kluczową rolę grał stolik o przedziwnych właściwościach (szczegółów nie pamiętam, a oryginał przepadł w sejneńskich piwnicach). Poza tym w tamtych czasach dostęp do zachodniej SF był akurat dosyć łatwy, bo drukowano tego sporo, zgodnie z założeniem, że jeśli książka jest o przyszłości, to ustrojowi nie zaszkodzi. Podejrzewam też, że literatura fantastyczna fantastycznie (tak, właśnie fantastycznie) działa na wyobraźnię i rozwija horyzonty. Nie stałam się jednak miłośniczką fantasy. Nigdy nie przeczytałam nic o Harrym Potterze ani smoku Eragonie. Oprócz Neila Gaimana nikt nie może już obudzić we mnie dziecięcego fantastycznego zadziwienia.

Pragnę podziękować mojemu bratu, który zerknął na półkę naszego rodzinnego mieszkania i dostarczył mi listę młodzieńczych lektur.

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Gdybym nie powiedziała prawdy
  • Książki dla dzieci
  • Cyferki
  • prywatnik
  • rzecz o tym, jak paw wpadł w staw - Wilkoń - Wolny-Hamkało
  • Lądowanie rinowirusów - przeziębienie. Wojciech Feleszko
  • psie życie
  • O małym krecie - Wolf Erlbruch
  • ryms laureatem konkursu papierowy ekran
  • Ryms na Facebook
  • Poradniki
  • moj dom
  • prywatnik
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej